Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 marca 2025

Niech żyje wojna! Chwilowy powrót sentymentalny.

 NIECH ŻYJE WOJNA!!!

REŻ. REMIGIUSZ BRZYK

Premiera: 12 stycznia 2015

 

To już dziesięć lat od premiery. Dekada doświadczeń za nami. Dla mnie to wciąż jedno z ważniejszych przedstawień, creme de la creme moich przeżyć teatralnych. Chciałbym znów poczuć emocje związane z patrzeniem na sceniczne wichry wojny, pięknie poprowadzone postaci i niezliczone pomysły reżyserskie.

Wystarczy tych sentymentów, życie toczy się dalej.

__________________________________________________________________________

https://inwentaryzacja2014.blogspot.com/2015/03/szarik-nie-aportuj-mi-tego-miejsca.html

https://krakow.ast.krakow.pl/spektakle/niech-zyje-wojna-rez-remigiusz-brzyk/ 

https://www.facebook.com/profile.php?id=100069932877222&locale=pl_PL

 

 

 

 

 

 

niedziela, 5 czerwca 2022

"Posiew boga wojny" w Teatrze Mumerus

W obecnym bełkocie medialnym, gdzie każdy ma prawo mówić, a najczęściej mówi niedbale, Teatr Mumerus jawi mi się jako ostoja kultury żywego słowa. To jest inny świat, świat dawnego teatru. Podczas ostatniego spektaklu przypomniała mi się Irena Jun w monodramie pt. "Nie ja". Tekst, słowo, interpretacja...

"Posiew boga wojny" nie jest łatwym spektaklem, to intelektualna zabawa z umysłem widza. "Akcja rozgrywa się przed, w trakcie i po jednej z światowych wojen". I ten zamysł oraz obecna sytuacja polityczna sprawia, że nie jesteśmy do końca pewni, w jakim świecie teatralnym obcujemy i jaki obserwujemy na scenie, a jednocześnie dostajemy mnogość możliwych interpretacji. 

Chaos stworzony na scenie jest odzwierciedleniem nie tylko rzeczywistości za oknem, ale również naszych myśli, które towarzyszą każdego dnia od pamiętnego lutego A.D. 2022. Zanim do niego dojdzie, aktorzy wychodzą z widowni z naszego chaosu, by stworzyć kolejny. Każda postać prowadzi swój własny monolog, na pewno każdy z nas odnajdzie się w niejednej wypowiedzi. Postaci nie są ze świata realnego, choć bardzo starają się zaistnieć w naszym świecie. Są duchami, historią poszczególnych postaci, wyrzutami sumienia bohaterów i naszych. Mówią o niełatwych sprawach, które bolały, bolą, boleć będą. 

Wojna, wojna, wojna... Sarajewo... Historia jest nauką, która uczy nas, że niczego nie uczy... III wojna?

Czasami czułem się jakbym był uczestnikiem wydarzeń obrazów Jerzego Dudy-Gracza.

Spektakl jest kompilacją wielu tekstów w mistrzowski sposób połączonych, kolejne mistrzostwo to gra aktorska. Teatr Mumerus wciąż zachwyca. Zjawiskowi aktorzy: Ewa Breguła /niesamowita intensywność postaci/, Mateusz Dewera, Jan Mancewicz /nie można oderwać wzroku od tego aktora na scenie/, Jacek Milczanowski, Robert Żurek /dojrzała przemiana aktora pod względem fizycznym/. 

____________________________________________

http://www.mumerus.net/index.php?action=spektakle

niedziela, 12 grudnia 2021

Dziś umarł Prokofiew - niech żyje teatr!

Dla mnie mistrzostwo świata pod względem artystycznym. Mumerus nie obniża poprzeczki. Pozostało wiele obrazów przed oczami, które trudno ubrać w słowa, chciałbym je doskonale odtworzyć, ale widziałem to przedstawienie dosyć dawno i nie będę mierzyć się z niedoskonałością pamięci. 

Jan Mancewicz to zjawiskowy aktor, doskonale prowadzący swoją postać, pięknieje ze sceny na scenę, nie można oderwać od niego oczu. Cudowna Anna Lenczewska. Brakuje mi słów, żeby opisać jej świadomość sceniczną oraz interpretację roli. Wspaniała gra zespołowa. Niesamowite kostiumy, które tworzą abstrakcyjny świat zdominowany przez polityczny terror. Przyprawiające dreszcze wszelkie motywy instrumentalne na żywo. Zaskakujący zabieg wykorzystania rolek do przemieszczania się przez aktora i wiele, wiele innych smaczków, które tworzą mistrzowską całość!

"Graj Szostakowicza albo zdychaj" -  na długo zostaje w pamięci. Scena koncertu z wykorzystaniem chleba mocna w swoim symbolizmie.  

W czasie kiedy kultura przeniosła się do sieci, a to co na żywo coraz częściej popada w komercję, żeby w walce o widza przetrwać czas obostrzeń, taki spektakl jak "Dziś umarł Prokofiew", jest nie tylko światłem w tunelu, że można robić dobry teatr, ale to także raj dla widza oczekującego wysokich lotów wrażeń podczas oglądania a po przedstawieniu refleksji nad życiem. 

 

PS. 

A propos wcześniejszych spektakli Teatru Mumerus. Nic nie może wiecznie trwać, jak śpiewała Anna Jantar. To dla mnie bardzo smutna wiadomość, wszystko przemija: "Stół" schodzi po ponad pięciu latach od premiery - zagraliśmy ponad czterdzieści razy. "Ampuć" też schodzi z afisza - grany był w latach 2009 - 2020 i osiągnął ilość blisko 100 pokazów. To zupełnie normalne, że po pewnym czasie spektakle teatralne kończą swój żywot - w tych wypadkach był to żywot spełniony" - informacja znaleziona w sieci.

_____________________________________________

http://www.mumerus.net/index.php?action=spektakle#

niedziela, 29 kwietnia 2018

"Wesele" w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie - nowocześnie, ja chyba śnię!

Ponad trzy godziny spędzone na widowni i ani jednego zachwytu. Poszedłem na "Wesele" z ciekawości zetknięcia się w wydarzeniem artystycznym głośno komentowanym w kuluarach i przez krytyków. Chciałem również zobaczyć Monikę Frajczyk, którą ostatni raz widziałem jeszcze w ówczesnym PWST w dyplomach. "Wesele" uwielbiam, tego wydania narodowo/starego niestety nie polecam. O czym jest "Wesele", każdy wie, tegoroczni maturzyści najlepiej. Jeśli pamięć zawodzi, polecam tysiące opracowań, których w epoce cyfrowej od groma.

"Histeryczny atak śmiechu Czepca i Dziennikarza po słynnych słowach „Co tam Panie, w polityce?”, a zaraz potem zderzenie ze ścianą dźwięków black metalowej Furii, wtórującej tańcowi­ weselników – tak dynamicznie zaczyna się „Wesele” AD 2017 w reżyserii Jana Klaty" - cytuję ze strony. Niestety, nie jest to Hitchcock'owskie wzrastanie napięcia. Dynamika jest ciągle na tym samym poziomie, tańce wprowadzane na zasadzie kanonu nieco robią się monotonne, a ściana dźwięku faktycznie jest, co jest dość męczące, jak znużenie w kolejnych godzinach przedstawienia. Mógłbym zaryzykować, że jest to stylistyka muzycznego wrzasku pół na pół z nudą. I czy członkowie zespołu są aż tak znaczący dla przedstawienia, że są widoczni na scenie cały czas? "Dookoła sceny, na czterech pomnikowych postumentach stoją muzycy z biało-czarnymi twarzami – współczesne chochoły" - dobrze, że o tym przeczytałem, ponieważ myślałem, że to zespół muzyczny, dla którego nie miano pomysłu, artystycznego oraz technicznego - jak zejść z cokołu w czasie trwania przedstawienia. 

Na scenie jedynie poprawne aktorstwo, nieciekawa scenografia, znów wszystko uwspółcześnione, i może to przedstawienie trafia do młodych, ale nie do mnie. Jeśli już o uwspółcześnionych wersjach "Wesela", to osobiście wybrałbym filmowe z 2004 od opisywanej tutaj wersji scenicznej, i nie piszę tego jako żart. "(...) odrąbany kikut drzewa i pusta kapliczka wyznaczają niepokojącą scenerię (...)" - i tutaj się pogubiłem, bo jeśli to co zobaczyłem, ma niepokoić widza, to nie wiem do jakiego widza to przedstawienie jest adresowane. Może dla tych, którzy nigdy nie udali się poza miasto?

Obronili się: Edward Linde-Lubaszenko jako Stańczyk - aktorsko najlepszy. Do tego jego nagość była groteskowa i piękna scenicznie. Niepotrzebnie rozbierano jeszcze innych aktorów, dosłownie. Przy Stańczyku i po Stańczyku każdy inny podobny zabieg był coraz bardziej żenujący. Anna Dymna jako Radczyni - sprawne aktorstwo, zrozumiałe podanie tekstu i świadome uczestniczenie w narzuconej przez reżysera nieciekawej dla mnie konwencji. Czasami Bartosz Bielenia jako Ksiądz - zjawiskowa osobowość sceniczna, ciekawy dopóki nie zaczynał przekraczać samego siebie, czyli mniej więcej pajacować.

I wielka prośba do zespołu aktorskiego. Przestańcie oklaskiwać samych siebie przy ukłonach. To zadanie dla publiczności. 

"Ze względu na głośną oprawę muzyczną, przed spektaklem dostępne będą stopery". Może jeszcze jakieś środki pobudzające, najlepiej podawane w 180 minucie, żeby nie przespać wyjścia z teatru.

____________________________________________
https://stary.pl/pl/repertuar/wesele-4/ - stan 29.04.2018

poniedziałek, 9 października 2017

Zaskakujące "Weselisko" podczas krakowskiej Nocy Poezji.

Przyznam się, że była to najciekawsza Noc Poezji w ostatnich latach, ciekawsza nawet od kontrowersyjnej Neo-Monachomachii. Na ten bardzo pozytywny odbiór przedstawienia przeze mnie złożyło się kilka czynników: tekst "Wesela", który był inspiracją do powstania widowiska, osobiście uważam, że to "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego powinno być epopeją narodową, dobre aktorstwo, nazwiska z pierwszych stron teatralnych gazet, czasem perełki interpretacyjne, ciekawe rozwiązania sceniczne, sprawna choreografia i ruch sceniczny, muzyka kapeli ludowej na żywo, zespół tańca ludowego oraz kameralność Rynku Podgórskiego, z wieża kościoła, która tak pięknie wpisała się w motyw weselny, co nieco udało mi się udokumentować na zdjęciach. Również multimedia pomogły przedstawieniu. Tym razem kamerzyści wpisali się w weselną stylistykę i filmując swojską zabawę przerzucali obraz na wielki telebim, co ułatwiło gościom weselnym-widzom ogarnięcie całości. Goście weselni zostali potraktowani wyjątkowo, poczęstowani jadłem i napitkiem w ten październikowy czas ku pokrzepieniu serc i rozgrzaniu ciał. Stopklatki na telebimach z cytatami klasyków podczas zabawowego szaleństwa bardzo dobrze wpisały się w ton refleksji nad obecną polską rzeczywistością.

"Wesele" Stanisława Wyspiańskiego swoją aktualnością wciąż zachwyca, to nie jest dzieło osadzone w swojej epoce historycznej i tam pozostawione. Tekst pasuje do obecnej sytuacji naszej Ojczyzny jak ulał. Bronisław Maj nieco dodał swoje ciekawe "aktualności", które odczytać można jako sprzeciw wobec obowiązującej i tworzonej kultury wysokiej, która tak naprawdę jest dziś bardzo niska, a sprzyja temu przede wszystkim telewizja. Telewizja też jako ogromne medium nie niesie nam oświecenia, tylko staje się medium politycznym.  O politycznym wydźwięku "Weseliska" pisać nie będę, bo każdy kto choć przez mgłę pamięta tekst "Wesela", to wie ile jest w nim "podwójnego dna". Swojska polska chata rozśpiewana ma się nijak do zmieniającej się obecnie Europy i świata.

Szkoda, że tak ciekawa realizacja i o ogromny nakład pracy, artyzm i technika, jest produktem jednorazowym. Proponuję zagrać "Weselisko" jeszcze raz.

"W spektaklu, obok fragmentów „Wesela”, wykorzystano także, w przytoczeniach i parafrazach, teksty I. Krasickiego, A. Mickiewicza, J. Słowackiego, Z. Krasińskiego, C.K. Norwida, A. Fredry, K. Przerwy-Tetmajera, J. Tuwima, K.I. Gałczyńskiego, C. Miłosza, Z. Herberta" - za: http://krakowskienoce.pl/noc_poezji/213409,0,1,program.html













sobota, 16 września 2017

30. ULICA Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych Fahrenheit 451 - Kraków

Byłem, widziałem niewiele z całego festiwalu. Zachwyciłem się warstwą wizualną epilogu "F451", co skromnie dokumentuję zdjęciem. Jeśli zdarzenia teatralne, które obejrzałem mogę zamknąć klamrą: "Fahrenheit 451", to dziś chętniej wracam wspomnieniem wrażeń artystyczych do książki Ray'a Bradbury'ego oraz filmu François Truffaut.

niedziela, 19 marca 2017

Nieco o Krakowie w aspekcie komunikacji.

Dawno już nie poruszałem tutaj problemów komunikacyjnych. 

Tytuł powinien brzmieć: Nieco o Krakowie w aspekcie marzeń o komunikacji!


Ostatnio przeglądając wiadomości z serwisów informacyjnych dotyczących planów komunikacyjnych miasta Krakowa mam wrażenie ciągłego deja vu. Jakby od dawna o tym pisano, a postępów brak. Może się mylę, a może za dużo wymagam. 


"Wyłoniono wykonawcę linii tramwajowej w Krakowie za ponad 326 mln zł" /http://biznes.onet.pl/wiadomosci/finanse/wyloniono-wykonawce-linii-tramwajowej-w-krakowie-za-ponad-326-mln-zl/95xpgt/ - stan na 10.3.2017. "Tak pojedzie szybki tramwaj na Na Górkę Narodową" - pisano o tym na początku stycznia 2015 roku. Sam pisałem o tym w maju tego samego roku: http://inwentaryzacja2014.blogspot.com/2015/05/krakow-tramwajowy-komunikacyjny-i-jaki.html. W dobie lotów kosmicznych miałem wrażenie, że w 2017 będzie już po wszystkim. 


Górka Narodowa wydaje się być dziś niejako w centrum Krakowa. Kiedyś tylko do ulicy Opolskiej miało się wrażenie gęstej zabudowy. Dziś już ta linia tworzona przez wspomnianą ulice Opolską została przekroczona. To co się dzieje przy przystanku Opolska Estakada i ilością świateł w stronę Alei 29 Listopada zaczyna przerażać swoim chaosem. 
 
Nie rozumiem dlaczego torowisk nie wyprowadza się jeszcze poza tereny silnie zagęszczone, gdzie mogłyby powstać nowe osiedla mieszkaniowe a komunikacja miejska zachęcałaby to korzystania z niej, zamiast z samochodu. Mieszkaniec widząc, że komunikację ma pod nosem, z większym prawdopodobieństwem z niej skorzysta, niż taki, który czekając na doprowadzenie komunikacji autobusowej, bo o tramwajowej to faktycznie można pomarzyć, przywyknie już do jazdy samochodem. Poza tym uważam, że Krakowski Szybki Tramwaj i priorytety dla tramwajów nie istnieją. W celu uniknięcia zakorkowanych skrzyżowań proponuję budować torowiska na estakadach! Na metro możemy poczekać. Kraków z naprawdę szybkimi tramwajami poradziłby sobie z potokami pasażerskimi. 


"Kraków chce rozwinąć Szybką Kolej Aglomeracyjną" /http://inforail.pl/krakow-chce-rozwinac-szybka-kolej-aglomeracyjna_more_92407.html/. Bardzo  optymistyczna wiadomość, tylko czemu tak późno. I kiedy komunikacja aglomeracji stanie się atrakcyjna dla obecnych kierowców czterech kółek. Atrakcyjny ma być czas oraz częstotliwość. Możliwe że czas 22 rozkładowych minut pomiędzy Wieliczką a Krakowem nie jest aż tak bardzo atrakcyjny, jakby się mogło wydawać. Zwłaszcza, że nie jest to ogromna odległość. Około 15 km i 15 minut maksymalnie powinna trwać podróż, marzeniem byłoby zmniejszyć do 10 minut! /https://pl.wikipedia.org/wiki/Szybka_Kolej_Aglomeracyjna_w_Aglomeracji_Krakowskiej/

Jeżeli dobrze czytam rozkład jazdy, Koleje Małopolskie obsługują trasę Wieliczka - Kraków Główny co pół godziny. Żadna to atrakcja. Popatrzmy na odcinek Kraków Płaszów - Kraków Główny. Tramwaj nr 50 pokonuje ten odcinek w kilkanaście minut, pociąg w kilka. Posiadacz biletu miesięcznego i tak skorzysta z tramwaju, nie może spontanicznie na tym bilecie miesięcznym wybrać sobie alternatywy kolejowej. Może bilet zintegrowany jest jakąś opcją /http://kmkrakow.pl/bilety/bilet-zintegrowany.html/, ale to oferta bardziej atrakcyjna dla osób spoza Krakowa.

Brakuje również przystanków na tej trasie. Mogłyby powstać przy dworcu komunikacji miejskiej przy ul. Powstańców Wielkopolskich oraz w okolicach Galerii Kazimierz. Wtedy można byłoby odciążyć przeładowane tramwaje oraz uatrakcyjnić ofertę dla podróżnych. Składy przyśpieszyć, postoje ograniczyć do minimum. 


PS. Zdjęcie ilustracyjnie to przykład "priorytetu dla tramwaju", w który nie wpasował się samochód osobowy. Pomiędzy tramwajami widać fragmenty samochodu.

wtorek, 7 marca 2017

„Ampuć czyli zoologia fantastyczna” – pełną piersią pełnia życia.



Obejrzałem ten spektakl kolejny raz. Nie miałem deja vu. Nie wiem, co czyni reżyser z zespołem aktorskim, że za każdym razem jest to inne przedstawienie. Znów dziecięcy zachwyt nad stworzonym światem. 

Nie da się tego przedstawienia ogarnąć umysłem. Ten spektakl się przeżywa, czuje się podskórnie/przyskórnie, jak wszelkie Ampucie – przeszkadzajki, które są ciągle blisko nas.

Życie całego fantastycznego świata tworzy się na scenie od podstaw. Siłą sprawczą może do końca nie jest chęć ewoluowania, ale chęć pokazania się światu, a przede wszystkim widzom. Poszczególni przedstawiciele różnych gatunków są stworzeni z elementów, które znamy, ale tym razem zaskakują nas swoimi możliwościami. To, co w kuchni może być tylko złośliwym martwym przedmiotem, w przedstawieniu Teatru Mumerus staje się żywą i sympatyczną złośliwością. Większość istot, może do końca nie przypada nam do gustu, ale jedno jest pewne, jest nam z nimi ciasno, ale własno.

Aktorzy wspaniale animują materię rekwizytów, znajdując dla nich nieznany dla nas ruch czy dźwięk. Jeśli każdy z nas posiada jakieś przeznaczenie, to również posiadają je i wspomniane rzesze Ampuciów, a zachowanie ich może nas zaskoczyć, często doprowadzić do śmiechu.

Po ostatnim przedstawieniu stwierdziłem, że jest to spektakl muzyczny. Muzyka stanowi ważny element całego dziania się. Doskonałe rytmizacje, wszelkie, i muzyczne, i słowne, i ruchowe, dodatkowo kontrabas na żywo, pozwalają na zupełne zanurzenie się materii tytułowej Zoologii. Feeria dźwięków niczym w buszu, który nagle obudził się do życia.

Para aktorów /Anna Lenczewska i Robert Żurek/ są mistrzami na scenie. Zapełniają sobą całą przestrzeń tworzonego świata. Widzę ich słowa, ich dykcja jest niczym atlas anatomiczny dźwięków. Kocham ten teatr za słyszalne słowo. Za żywe słowo, tak jak pełna życia jest cała zoologia. 

Interakcje pomiędzy postaciami są mogę tylko nazwać czystą harmonią. Żadnych niepotrzebnych gestów, działań zmierzających donikąd.

Czy ten świat jest snem? Czy my jesteśmy po drugiej stronie lustra? Może spotkanie z Alicją pozwoli nam poznać wszelkie sensy? Scenę rozmowy z Alicją wciąż słyszę, słyszę jej rytm i  wciąż czuję niedosyt. 

"Gdy rozum śpi, budzą się potwory" - zatem spać jak najdłużej z oczami otwartymi podczas tego przedstawienia.

PS. Dziękuję reżyserowi za lekceważkę oraz ceskou dechovku. 

__________________________________________________________________________________
http://www.mumerus.net/index.php?action=spektakle&PHPSESSID=7d1ab92c048f54f9b4e307f5a89a3dbb#

czwartek, 31 marca 2016

Zmiana na mapie teatralnej Krakowa.

!!! 31 marca 2016 roku Teatr KTO zakończy (po 37 latach) działalność teatralną w budynku przy ul. Gzymsików 8!!!

W związku z tym 1 kwietnia inaugurujemy "SCENĘ KRAKÓW" - prezentacje spektakli w przestrzeniach Krakowa:
→ w Ośrodku Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora CRICOTEKA (ul. Nadwiślańska 2-4)
→ w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej MANGGHA (ul. M.Konopnickiej 26)
→ na Scenie Politechniki Krakowskiej - w Teatrze ZALEŻNYM (ul. Kanonicza 1)

Tradycyjnie naszą sceną pozostaną też przestrzenie plenerowe - place i ulice Krakowa
ZAPRASZAMY!
______________________________________________
za:http://teatrkto.pl/pl/repertuar/kwiecien-2016,150.html


EXODUS wielka przeprowadzka!
https://www.facebook.com/events/547145832129625/permalink/558273381016870/

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/220022.html


wtorek, 16 lutego 2016

Nieco o dwóch dyplomach krakowskiej PWST: Jednak Płatonow i Dogville

"Jednak Płatonow". Nierówne przedstawienie. Dwie części zupełnie do siebie nie pasujące. Pierwsza część bardzo klasyczna i bardzo Jarocka, druga współczesna. Nie znalazłem przyczyny dla takiego zabiegu reżyserskiego. Byłem na trzecim albo czwartym spektaklu, a może i późniejszym, i przyznam się, że aktorsko nie zachwyciłem się.  Rozczarowanie. Teraz w głowie mam tylko: "Mucho, mucho, mucho". Być może wrócę raz jeszcze na ten spektakl, ale boję się, że wytrwam tylko na pierwszej części. PS. Panowie, nauczcie się całować! Scenicznie!

"Dogville". Niestety, przyczepię się znów aktorstwa. Nie mogę kupić tego przedstawienia, ponieważ nie wierzyłem żadnej postaci, która tam została stworzona. Przykro mi to pisać, bo scenę PWST uważam za jedną z ciekawszych krakowskich scen. Miałem wrażenie, że oglądam dobre przedstawienie teatru amatorskiego, a przecież przyszedłem na wyższy poziom wtajemniczenia. Przepraszam, ale tego tytułu już nie chcę widzieć ponownie.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Bardzo krótko o baletowych "Dziadkach do orzechów": bytomskim i krakowskim.

W ostatnim czasie tak się złożyło, że miałem szczęście obejrzeć ten sam tytuł klasyki baletowej na dwóch scenach: Opery Śląskiej i Opery Krakowskiej. Niestety, jedno muszę ze smutkiem przyznać, muzyka Czajkowskiego na żywo nie wywołała u mnie żadnych emocji. Nie wiem, co się działo w kanale orkiestrowym, że z tak mizernym skutkiem działano na mnie. Nie "zachwyciła" mnie również choreografia. Przyznam się, wynudziłem się. Nic nowego dla czytających ten blog. Po powrocie do domu włączyłem internet, wyszukałem moskiewski Teatr Wielki, obejrzałem Maximową z Vasiljewem i chociaż to był tylko ekran monitora, to archiwalny zapis miał niesamowitą moc. I na tym zakończę ten wpis.

sobota, 9 stycznia 2016

Mała refleksja o spektaklu pt. "Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać" Teatru KTO.

To wciąż bardzo dobry spektakl. Kto nie widział, niech żałuje. Jeśli coś dojrzewa niczym wino, to w tym przypadku ciężka praca zespołu aktorskiego niczym górników w kopalni diamentów, stała się brylantem.

Pisałem już o nim: http://inwentaryzacja2014.blogspot.com/2015/03/sprzedam-dom-w-ktorym-nie-moge-juz.html

"Stół z powyłamywanymi nogami. Na stole i pod stołem" - kolejna niespodzianka ze srony krakowskiego Mumerusa.

Przepiękny, kameralny spektakl. Dziękuje reżyserowi, że wprowadzając aktorów na widownię, nie wprowadził nas widzów w skomplikowane interakcje. Dziękuję też reżyserowi, że słowo mówione jest słyszalne. To wielka rzadkość w polskim teatrze.

Widzowie wchodzą na widownię zajmując swoje miejsca. Mijają się z majaczącym ruchowo zespołem aktorskim, który jest niczym duchy. Nie przeszkadzają nam w wędrówce wzdłuż rzędów. Sami sprawiają wrażenie, jakby byli nie na miejscu. Spektakl zaczął się. My stworzyliśmy teatr, zapełniliśmy jego przestrzenie. Aktorzy zaczęli teatr, wypełniając go przedstawieniem.

Prosty początek, który już można interpretować. To wielka zasługa Mumerusa, że dysponując kameralnymi środkami tworzy wielki teatr. Kolejny raz, kilka osób, tym razem trzy osoby, tworzą prawdziwy teatr, zawładnęli naszą wyobraźnią i przez niemal godzinę byli zajmujący.

Stroje przykurzone, może barkowe, makijaż niczym maska. W ustach teksty staropolskie. Pierwsze słowa to cytaty najstarszych zabytków języka polskiego. To właśnie słowo staje się teatrem. Napędza działania. A wszystko co widzimy jest wirtuozerią. Żadnych zbędnych zabiegów. Piękne przedstawienie, które cieszy oko i ucho. 

I na tym zakończę dzisiaj pisanie o tym przedstawieniu. Koniecznie muszę je zobaczyć jeszcze raz. Wtedy mam nadzieję opisać smaczki "Stołu".
______________________
http://www.mumerus.net/

Ogłuszyć kabaretem, czyli "Macabra Dolorosa" w Teatrze Nowym w Krakowie.

Poszedłem z ciekawości. Zapomniałem co to kabaret dada, dzięki spektaklowi chciałem sobie przypomnieć teorię, która wywietrzała z głowy.

Przy szatni kartka informująca, że w spektaklu będą wykorzystane światło stroboskopowe i dym. Nikt nie napisał, że będziemy ogłuszeni dźwiękiem. Nie polecam tego spektaklu osobom ze słuchem absolutnym. Po tym wydarzeniu mogą stracić swój boski dar. 

Atakowani dźwiękiem jesteśmy od samego początku. Nie wiem ile to decybeli, ale poziom niezłej dyskoteki. I ten poziom utrzymuje się bardzo długo. Po kilku minutach miałem ochotę wyjść.

Ten huk, to nie tylko wynik krzyku aktorki w mikroport, ale też i perkusji, skądinąd bardzo dobrej, ale w małej przestrzeni widowni Teatru Nowego, po kilku minutach już wywołującej przeciwstawne odczucia.

Ponieważ mój mózg został ogłuszony na dłużej, muszę zajrzeć do literatury pomocniczej. Zatem cytując to co można przeczytać na stronie, postaram się z tym polemizować.

"Muzyczny spektakl oparty na motywach historii Katarzyny W., tekstach z Medei, listach Magdy Goebbels oraz materiałach dotyczących spraw słynnych dzieciobójczyń." - wszystko wrzucone do jednego worka. Nie wiem, dlaczego postać Katarzyny jest tak samo ważna jak historyczna postać Magdy Goebbels. Nie znalazłem uzasadnienia dla tego zabiegu. Widocznie słowo "słynnych" mocno się zdewaluowało.

"W formie surrealistycznego show nawiązującego do rewii DADA z pierwszej połowy XX wieku, noir kabaretu niemieckiego, w duchu dokonań ekspresjonistycznych opowiedziana zostanie historia przemocy, szaleństwa i upadku człowieka w jego najbardziej intymnej i organicznej sferze – rodzicielstwie; kobiety/matki – w kontekście reżimu, ideologii totalitarnych, choroby i depresji." - w sumie to można by było jeszcze dodać jeszcze wiele cech gatunkowych oraz połowę terminów ze słownika wyrazów obcych i chorób medycznych.

"W spektaklu usłyszeć będzie można często po raz pierwszy przetłumaczone na język polski piosenki Nicka Cave’a, The Tiger Lillies, Marilyn Manson, Einsturzende Neubauten, Cinema Strange, The Dresden Dolls, Grinderman i innych, a także autorskie utwory napisane specjalnie na potrzeby przedstawienia." -  wielu piosenek nie usłyszałem, ale nie tylko piosenek. Przeszkodził mi krzyk i wrzask.

"Ukłony należą się przede wszystkim Katarzynie Chlebny. Niesamowita gra aktorska, genialna modulacja głosem i umiejętność zmieniania twarzy i nastroju w błyskawicznym tempie, a wszystkie te umiejętności sprawiają, że nie da się od niej oderwać wzroku nawet na moment(…)" - dla mnie nie było zmian nastrojów. Tylko dwa momenty całego przedstawienia były wyciszone: piosenka o kolorze i tekst o otrzymaniu orderu. Nic więcej.

"Wbrew skandalizującym zapowiedziom „Macabra dolorosa” to mocny, bolesny seans w formie rewii, którego motywem przewodnim są uwikłanie, cierpienie i odrzucenie. Miło nie jest, ale to jedno z tych przedstawień, o których trudno zapomnieć." Bolesny na pewno dla moich dla uszu. Po tej uczcie wrzasku, żałuję że nie serwują amnezji w tabletkach. Zapomnieć o tej teatralnej przygodzie. Już dawno nie byłem tak szczęśliwy wychodząc z teatru.   

I nieco inne rozczarowanie. Kolejny raz wywołana została publiczność na scenę, której kosztem bawiono się. Byłem zażenowany, że widzę coś takiego. Kabaret, gdzie aktorka pokazuje swoje umiejętności i bezbronny widz.
_______________________________________________________________________________
 Cytaty za: http://teatrnowy.com.pl/spektakl/macabra-dolorosa/ Stan na 9.1.2016.

"Wszystko o kobietach" w Teatrze Ludowym, czyli wszyskto o miłości.

Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że jest to dobry spektakl. Niekoniecznie na niego powrócę, jako tragikomedia bardzo dobrze się sprawdza, ale od teatru oczekuję czegoś więcej niż tylko pośmiania się. Aktorki wykonują dobrą robotę wcielając się w kilkanaście postaci. Od wieku przedszkolnego, na szczęście zagranego bez infantylizmu, po wiek senioralny, który śmieszył bardzo nie tylko młodą widownię, ale również tę, która doświadcza już późnej starości. Poszczególne wątki mieszają się wraz z trwaniem spektaklu, a my w tych niciach odkrywamy kolejne łączące się ze sobą zdarzenia. I jeśli oglądamy bohaterki, to wszystkie poszukują miłości: ludzkiej, matczynej, siostrzanej, koleżeńskiej, męskiej... Finałowy wiersz bardzo ładnie wszystko podsumowuje. 

Po "Wszystko o związkach", o którym pisałem już: http://inwentaryzacja2014.blogspot.com/2015/11/niewiele-o-zwiazkach-czyli-mending.html, to kolejna propozycja krakowskiego Teatru Ludowego, którą można zobaczyć, jeśli ktoś szuka teatru lekkiego i przyjemnego.

Z tych dwóch tytułów wybieram kobiety. Do obejrzenia pozostali mi jeszcze faceci w przedstawieniu "Wszystko o mężczyznach".

_________________________________________
http://ludowy.pl/spektakl/12-wszystko-o-kobietach

niedziela, 18 października 2015

"Ziemia obiecana" w krakowskim Teatrze im. Słowackiego.

Znów z archiwum pamięci i znów krótko. 

Jedno z ciekawszych krakowskich przedstawień. Jedno z niewielu, które chciałoby się wciąż oglądać. Podobnie jak z "Braćmi Dalcz", przez cały czas jest dobra energia. To również jedno z niewielu przedstawień, po zakończeniu którego człowiek czuje niedosyt. 

Co było pierwsze? Które było pierwsze z tych przedstawień? To nieważne. Oba sprawiają, że na nowo można pokochać teatr, jeśli człowiek bywał zniesmaczony realizacjami niektórych scen, niekoniecznie prowincjonalnych.

Spektakl nie walczy z legendą. Filmowy przekaz jest na tyle historycznie wpisany w świadomość dojrzalszego widza, że nie można szukać kopii w teatralnej stylistyce. Ta stylistyka to znów zaskakująca scenografia, pełna maszynerii i pary. Pojawiające się industrialne elementy nie zabijają ducha spektaklu, dobrego aktorstwa, niesamowitych partii wokalnych.

Podobnie jak poprzednio, duży plus to muzyka na żywo. Zatem ukłon w stronę orkiestry, która nie pozostaje anonimowym twórcą przedstawienia. Kanał orkiestrowy wynurza się ze swoich czeluści by w pełnym świetle zakończyć pierwszą część.

Bardzo ciekawy jest finał tego przedstawienia. Kiedy Karol Borowiecki doświadczony niemiło przez brutalną rękę kapitalizmu staje twarzą w twarz ze swoim przeznaczeniem. Albo zupełnie pójdzie na dno, albo zwiąże swoją przyszłość z Madą Muller. Symbolicznie cała rodziną funkcjonuje w pomieszczeniach - pudłach. Taki przytulny kąt dostaje również Karol. Kiedy założy na siebie ten "kaganiec", z impetem stara się roztrzaskać o ścianę. Szkoda, że to niewykonalne. Tym sposobem przegrywa moralnie. 

Sympatycznie ogląda się w spektaklu aktorki, które w poprzednim sezonie można było oglądać również w teatrze PWST. Cieszy, kiedy utalentowane osoby znajdują swoje miejsce w zawodowym teatrze.

poniedziałek, 12 października 2015

"Estra i Andro", czyli Krakowski Teatr Tańca na bruku.

Tym razem ta krakowska grupa przygotowała przedstawienie uliczne. Na początku widzowie przyjęli pozycje strategiczne przy barierkach, by po kilku minutach "rozerwać się" i doskonalić umiejętność bilokacji. Byliśmy zmuszeni do wybrania, kogo mamy oglądać, grupę aktorek czy grupę mężczyzn? Taka uroda teatru ulicznego. Miałem to szczęście, że mogłem się przemieszczać pomiędzy działaniami grupy żeńskiej i męskiej.

Zatem kobiety: czerwień, życie, pełen erotyzm. Zatem faceci: biel, sieroctwo, pełna seksuologia. Dla miłośników X Muzy mamy korelacje z twórczością filmową. Vagina jak u Almodovara, plemniki jak u Allena. Szaleństwo!

O ile kobiety wyglądały zmysłowo, to faceci niekoniecznie. Przypominali dzieci zagubione we mgle w poszukiwaniu matczynego ciepła. Nie wiem, czy jest możliwe, żeby facet przebrany za nasienie mógł wyglądać atrakcyjnie. Zawsze będzie to komiczne. Nawet najprzystojniejszy Adonis nie ma szans na tym polu. Jedynie Meryl Streep mogła by unieść ciężar gatunkowy takiej postaci i nie byłaby groteskowa.

Idąc jeszcze dalej, w biologiczne konteksty, mamy co następuje: 
- estriol – organiczny związek chemiczny, pochodna estranu. Jest ludzkim hormonem steroidowym. Wzrost jego syntezy następuje w ciąży.  
- andropauza (gr. andros = mężczyzna, człowiek; gr. pausis, łac. pausa = przerwa) - w ujęciu biopsychospołecznym definiowana jako okres w życiu mężczyzny (najczęściej po 50 roku życia), zapowiadający zbliżające się wejście w okres starości z początkiem wystąpienia szeregu dolegliwości w różnych sferach funkcjonowania jednostki, zarówno somatycznej, psychologicznej jak i seksualnej o podłożu wielonarządowych zmian w organizmie, w tym zmian hormonalnych, wywołanych starzeniem się.
I wszystko by się zgadzało. Kobiety są niczym matka natura przynosząca życie i energię. Mężczyźni zdziecinnieli na dobre. W sumie to żadne odkrycie, w końcu faceci to duże dzieci.  

Kobiety na początku działań są wojującymi feministkami. Krzyczą coś inspirowanego "Seksmisją" /znów film/. Stąd niemożność porozumienia z facetami i rozłąka życiowa. Faceci jak to dzieci, bawią się najczęściej w wojnę. Kobiety są zmysłowe, kokietują, mają energię samby, nie obcy jest im śpiew. Faceci biegają po ulicy i robię więcej hałasu niż sensownych działań, plączą się wokół swoich ogonków i czasami oddają się błogiemu nicnierobieniu sennemu. I to wtedy, kiedy kobiety oddają światu swoją zmysłową energię. Kobiety działają zespołowo, faceci nie mają lidera. Jeśli kobiety to słonce, to faceci jakieś komety, które od czasu do czasu musną gorącą gwiazdę.

Nie jest zaskoczeniem, że pod koniec przedstawienia musi połączyć się pierwiastek męski z żeńskim. Pierwsze iskrzenie nie oznacza od razu sielanki, pojawia się jeszcze przepychanka, bijatyka. Jak to w naturze, wygrywa najsilniejszy, chociaż w przypadku tego przedstawienia to najbardziej "klasyczny" w tańcu osobnik pozna smak prawdziwej miłości.

Zobaczyłem coś co miało ręce i nogi, a właściwe rąk i nóg mogłoby dostać, gdyby spektakl miał drugą część. Ciekawe co by się urodziło? Dziewczynka czy chłopiec?

https://pl.wikipedia.org/wiki/Estriol
https://pl.wikipedia.org/wiki/Andropauza

środa, 3 czerwca 2015

O "Svantetic. Dyplom z Komedy" krakowskiej PWST.

Ten tekst też już pisany nieco po czasie. Kiedy go piszę, nie wiem, czy zobaczę jeszcze to przedstawienie w repertuarze. 

Z jednej strony zapowiadało się interesujące przedstawienie. Z drugiej mocno rozczarowało. Są to niejako dwa osobne przedstawienia. Pierwsza część jest dość mocna, energetyczna, kiedy studenci grają postaci, mierzą się z legendami polskiego filmu. Druga część staje się nudnym epilogiem, kiedy studenci zrzucają peruki, kostiumy i stają się niejako prywatni. Dwie stylistyki, które nie łącza się w spójną całość. Domyślam się w jakim kierunku chciał pójść reżyser, ale nie zapanował nad formą.

Zatem mamy przedstawienie teatralne inspirowane świtem filmu, całkiem sprawnie zorganizowane scenicznie i technicznie. Multimedia na tylnym planie nie przeszkadzają w odbiorze spektaklu. Pomagają młodym widzom rozumieć fabułę, dla starszych są przypomnieniem filmowej klasyki /"Niewinni czarodzieje", "Pociąg", "Nóż w wodzie"/. Myślę, że starsi nastolatkowie bawią się lepiej, ponieważ nie muszą za bardzo skupiać się na multimediach, są dla nich dopełnieniem, mogą obserwować grę aktorską.

Dużym plusem przedstawienia są właśnie dobrze zgrane oryginały filmowe i żywy plan. Ruch sceniczny po stronie widowni, dzięki czemu sceny dworcowe tworzą z nas jakby podróżnych we wspólnej poczekalni też interesująco wypadają w ramach całości. 

Nieco jeszcze o plusach: muzyka na żywo to prawie w 100% zawsze najlepsza ścieżka dźwiękowa, piękny chód na pointach, przerysowanie chodu modelek jednej z aktorek w początkowej fazie przedstawienia, kobiety stylizowane na sex bomby lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, ciekawy pojazd bar-samochód-tramwaj, jakby wino musujące wprowadziło nas w dobry rausz.

Najlepsza sekwencja to ta związana z filmem "Pociąg", a może też i dlatego, że ze wszystkich wymienionych tytułów, ten tytuł jest najbardziej znany i rozpoznawalny. Ciekawe rozwiązanie korytarza kolejowego w snopie światła i przeciskanie się konduktorki przez wąskie przejście.

Największy minus to rozbieranki. Najlepszy erotyzm to ten, który nie jest zbyt roznegliżowany. Również wspomniane wcześniej wychodzenie z ról i stanie się bardziej prywatnymi na scenie sprawia, że opowieść w stylu: mężczyzna spotyka kobietę, staje się zupełnie płaska. Rozumiem, że porzucono w tym momencie filmowe korelacje, ale teatralność też została porzucona i czym bliżej finału, ciekawość przedstawienia malała. 

Aktorstwo na dobrym poziomie, ale nikt nie zachwycił, nie grał pierwszych skrzypiec. Szkoda.

Przewrotnie napiszę, że nie jest to złe przedstawienie, ale zabrakło "czegoś", żeby było dobre. 

http://www.pwst.krakow.pl/svantetic-dyplom-z-komedy

wtorek, 2 czerwca 2015

I nie daj mi, Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości, czyli "Głupia mąka wariatów" w Mumerusie.

Zabieram się za pisanie o Teatrze Mumerus zawsze za późno. Jakby pisanie o spektaklach tego teatru na gorąco było zadaniem zbyt trudnym, a pisanie z obrazów przeszłości zapamiętanych przez niedoskonałą pamięć, usprawiedliwiało wszelkie nieścisłości.

"Głupia mąka wariatów" to spotkanie z prawdziwym teatrem. Z czernią kulis, ubogą maszynerią sceniczną, grą aktorską na wysokim poziomie, dawno nie spotkaną interpretacją tekstów, zmiennych nastrojów wewnętrznych w dość szybkich przejściach i słyszalność zespołu aktorskiego. Tego mogłaby pozazdrościć każda zawodowa scena!

"Głupia mąka wariatów", jakby o nas, zagubionych i poszukujących dla siebie miejsca. Taki teatr w teatrze. Śmiejemy się z samych siebie. Niby chcemy być wielcy, a wypadamy śmiesznie. Nawet patrząc na widownię zorganizowaną na scenie, sami zaczynamy mieć wątpliwości, czy my jesteśmy na miejscu i jakie są nasze motywacje wyjścia do teatru i kupienia biletu.

Jeśli już o teatrze w teatrze, to bardzo ciekawy jest epizod wychodzenia z teatru. Kiedy trzeba się przecisnąć pomiędzy nogami, brzuchami i wreszcie biustami kobiet. Aktorzy robią to perfekcyjnie!

Ktoś powiedziałby, że to teatr formy. W pierwszym czytaniu można mieć takie wrażenie, ale to teatr przede wszystkim słowa, z jego perfekcyjnej interpretacji wynikają wszelkie działania. Słowo staje się źródłem tworzenia obrazów scenicznych.

Zespół aktorski tworzą cztery osoby, które opanowują przestrzeń sceniczną, działają w dwóch planach, ciągle coś się dzieje. Nie wiem jak udało się umieścić dwa plany gry na tak małej przestrzeni. To już kategoria: mistrzostwo świata!

Teatr, który podaje mi wszystko na tacy jest mało interesujący, jeśli w głowie mam setki możliwości interpretacyjnych, oczywiście popadam w panikę, że z moją inteligencją jest coś nie tak, że nie odnajduję jednej, najwłaściwszej myśli, ale dzięki temu, że ćwiczę tym sposobem mózg, mam nadzieję, że po latach dojdę do jednego słusznego wniosku.

Przykro mi, ale nie napisze o czym jest ten spektakl. Powiem tylko, że uruchamia w nas coś, co posiadaliśmy jako dzieci, że rozumieliśmy rzeczywistość nie nazywając jej. Po wyjściu z "Głupiej mąki wariatów" czujemy podskórnie wszelkie sensy, znaczenia, ale ku naszej rozpaczy nie odnajdziemy dla nich odpowiednich słów. Stwierdzenie: czułem, że zrozumiałem teatr - będzie trafne.

Spektakl opowiada o  naszym życiu niczym w kanonie. Sekwencje powtarzają się, jednak jesteśmy dojrzalsi o kolejne doświadczenie, jesteśmy nad tym samym punktem, ale mamy dla niego inną juz perspektywę. Pojawiają się subtelne smaczki związane ze zmysłowością, nawet nieco rozwiązłości. W tym wypadku to czysta poezja. 


Dziękuję Mumerusie!


http://www.mumerus.net/index.php?action=spektakle

poniedziałek, 11 maja 2015

"Bracia Dalcz i S-ka" ze Słowackiego, spółka wzorcowa.

Już na samym początku spektaklu uderzenie energii jest dość intensywne, jej poziom utrzymuje się przez całą pierwszą część. W drugiej ze względu na zamknięcie poszczególnych wątków następuje jej kadencja i wyciszeni wychodzimy z teatru. Po pierwszym "numerze" zespołu tanecznego miałem wrażenie, że pomyliłem światy teatralne, to było totalne zaskoczenie. Wybrałem się na spektakl muzyczny, zobaczyłem teatr muzyczny z najwyższej półki! Cały efekt podtrzymywała orkiestra grająca na żywo oraz niesamowite girlsy. Torcik z wisienką, na który ma się wciąż ochotę. 

Jeżeli Kraków narzekał na brak sceny musicalowej, to ta pozycja repertuarowa na pewno zastąpi ją godnie i zaspokoi wszelkie gusta broadway'owskie. 

Mamy zatem niesamowitą choreografię w wykonaniu profesjonalnych tancerzy. Zespół muzyczny na wysokim poziomie. Interesujący wokal w wykonaniu: Prószyńskiej, Wreczkowskiej, Klimaszewskiej. Ich apetyczny chórek znakomicie komentuje działania sceniczne. Gesty, ruchy przy wykonywaniu partii wokalnych dopieszczony w każdym calu, tworzą osobny spektakl, niczym trzy boginie, które zawładnęły akcją sceniczną. 

Osobny spektakl to nie tylko wokalne trio. Mistrz ceremonii w wykonaniu Holldera rzuca na kolana. Robi to głosem. Bezbarwnie brzmiące komunikaty stają się pełnymi głębi słuchowiskami. W tej postaci jest cały dramat "Braci Dalcz". Odnaleźć w niej można nieco ducha takich filmowych archetypów jak właśnie mistrz ceremonii z "Kabaretu" czy głównego bohatera filmu "Mefisto". Stoi nieco w opozycji do wokalnego trio jako pierwiastek męski i pierwiastek dojrzałości. 

Zespół aktorski bardzo dobrze realizuje swoje zadania. Poruszanie się po teatralnym świecie ułatwia mu bardzo sprawna scenografia. Konstrukcje imitujące samochody genialne w swojej prostocie. Tylko się bawić nimi, postacią, spektaklem. Prowadzenie postaci jest konsekwentne, pomysły scenariuszowe nie powodują dłużyzn. Mimo, że spektakl trwa trzy godziny, wychodzi się z niedosytem.

Tylko jeden wątek moim zdaniem nie został dokończony, urwany owszem. Postać sekretarki, która po odkryciu wielkiej tajemnicy znika ze sceny. Możliwe, że się mylę i gdzieś narrator dopowiedział to i owo, ale dziś tego nie pamiętam. Możliwe, że w tym teatralnym taneczno-wokalnym szaleństwie, ta "kropka nad i" gdzieś zapodziała się. Nie wybrzmiała znacząco.

Na stronie teatru czytamy: "Spektakl wciąga widza w szalone czasy dwudziestolecia międzywojennego, w których dwóch braci rywalizuje o władzę w rodzinnej firmie. Jedna po drugiej następują tutaj oszustwa i intrygi - zaskakujące zarówno dla bohaterów jak i widza, a poruszający wątek miłosny i wielka tajemnica w tle niewątpliwie wciągnie wszystkich jeszcze głębiej". Poznajemy przede wszystkim raczkujący kapitalizm i możemy w tym lustrze obejrzeć nasz niekończący się okres przejściowy. Poznajemy mechanizmy funkcjonowania spółek, gospodarek, świata i ludzi w nim. Widzimy kto jest pionkiem, kto rozstawia figury na szachownicy. Grający pierwsze skrzypce Paweł Dalcz kreśli się jako postać pozytywna, ale dokonując małego oszustwa dla bardziej szczytnych celów, jednak oszukuje, zatem musi etycznie przegrać. Wygrywa tylko w miłości, ale to nie jest już miłość w stylu: "żyli długo i szczęśliwie". To miłość nieco z pogranicza banicji.

Dlaczego spektakl, który wygrał 7 Plebiscyt Publiczności w kategorii najlepszy spektakl grany jest tak rzadko?!

http://www.slowacki.krakow.pl/pl/spektakle/aktualne_spektakle/_get/spektakl/647