niedziela, 2 listopada 2014

Spudłowana stylistyka, czyli „Zemsta Romea i Julii” w ramach Nocy Poezji



Tytuł wydawał się bardzo intrygujący, publiczność zapewne liczyła na liryczne dzieło z elementami dramatu, w końcu pojawia się „Zemsta” z „Romeem i Julią”, oraz zwycięstwo obrazu nad słowem, tak jak to było podczas ubiegłorocznej Nocy. Poprzednim razem przedstawienie było wysokich lotów, bardziej pasowało do nurtu poetyckiego.

Tym razem dostaliśmy mieszankę tekstów dramatycznych kilku autorów, klasyków. „Zemsta” została przemielona z dziełem Shakespeare’a i okraszona jeszcze kilkoma wstawkami. Samego tekstu było zbyt wiele. Aktorzy byli zmuszeni do czytania tekstu trzymanych w ręku i to na szczęście uratowało całe wydarzenie. Widz widząc ten fakt przyjmował wszystko z przymrużeniem oka i nie wymagał za wiele. Przystał na proponowaną formę prezentacji, którą tak naprawdę zdominował nie tylko papier maszynopisu ale i tektura pudeł wykorzystanych do budowy fredrowskiego muru. Na szczęście Noc Poezji, jak sama nazwa wskazuje, jest produktem jednorazowym. 

We wstępie zapowiedzianym przez Prolog między innymi takimi słowami jak: „Dwa równie stare i potężne rody / w Krakowie, gdzie się rozgrywa sztuka, / Wskrzeszają horror straszliwej niezgody, / I znów krew kamienie Rynku zbruka”, pojawiają się wszystkie postaci, a raczej wjeżdżają staromodnymi samochodami, stylizowane na celebrytów. Dominuje groteska a la cukrowa wróżka lub Cruella de Moon. Gdyby pozostawić taką formę, mniej mówić, skupić sią na mniej lub bardziej udanych obrazach, myślę, że spektakl obroniłby się bardziej. Samochody wyjechały, aktorzy zostali sami, a teksty zostały w dłoniach. Może trzeba było zrobić bal na wybiegu? Czerwonym dywanie? W końcu miała się polać krew, a tylko rodziców rodów krew zalała w finale. 

W dalszej części budowany jest mur, który oddziela rodziny Cześników Capulletii oraz Rejentów Montecchi. Sam pomysł na jego stworzenie, funkcjonowanie budowniczych-tancerzy, jest bardzo prosty. Przez moment zajmują czas i przestrzeń w akcji, dzięki czemu nie jesteśmy zarzucani tekstem, dzieje się w końcu coś plastycznego, możemy nieco odpocząć.

Wielkim zaskoczeniem i plusem dla realizatorów było podjęcie się teatralizacji nieco kontrowersyjnego tekstu, zwłaszcza w Królewskim Mieście Krakowie. Kto liczył, mimo pomieszania tekstowego, na układny finał miłości Julii i Romea, mógł się rozczarować. Albowiem Romeo wyrzuca z siebie: „Bić albo nie bić łbem w ten mur okrutny? / Bo cóż mnie czeka tu? O losie smutny! Że mnie ożenią czuję! Z jakąś babą! Na samą myśl już robi mi się słabo”. Intryga szybko się zawiązuje, po słowach Papkina już wiadomo w jakim kierunku będzie prowadzona akcja: „Prawdę mówiąc brzydzi mnie to: / Składać hołdy wciąż kobietom. / Zdobyć pannę – rzecz nie trudna, / Wdowę, żonę – też. Lecz – nudna! / O im innym marzę skrycie, / Za niego bym oddał życie!” Podstolina i Julia także czują do siebie sympatię, a słynna scena balkonowa służy zerwaniu zaręczyn i daniu „dyla” w realizację własnych pragnień i seksualności. 

Wielka kłótnia rodów jest zupełnie nieczytelna, czym bliżej końca „Zemsty”, tym bardziej dialogi przypominały strzelanie z karabinu maszynowego i coraz bardziej bywały niezrozumiałe i nie kojarzone z postaciami, które podawały tekst. Dymna jako Ordon ratuje całą sytuację, przede wszystkim sceniczną, wysadza całe wydarzenie w powietrze, zatem spektakl kończy się bombowo!

„Niechaj zagrzmią nam fanfary, Pijmy zdrowie każdej pary. Taka, inna – miłość przecie / Najwyższym dobrem na świecie! W krótkiej ziemskiej przygodzie / Czyż nie lepiej żyć nam w zgodzie?” – kończy Prolog (Ordon).

Anna Dymna jako Prolog (Ordon) wypadła najbardziej poetycko. Nawet jej nieruchome siedzenie nad rynkiem, na rusztowaniach, w pozie zadumy pokazywało, że jest gwiazdą. Stać na scenie, to znaczy siedzieć, i skupić uwagę, też trzeba umieć.

Tematyka zaskoczyła widzów. Proponuję następnym razem, jeśli znów będzie realizowany równie kontrowersyjny tekst upublicznić go przed premierą dla czytelnego odbioru akcji lub po premierze, jako ciekawostka. Tekst bywa zabawny. Spektakl przez to też bawił.

Cytaty od: Aleksander Fredro & William Shakespeare, Adam Mickiewicz & Bronisław Maj. 







poniedziałek, 27 października 2014

Nie spać! Czytać!

http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,44425,16868952,Nie_czytamy__To_skad_tyle_ludzi_na_Targach_Ksiazki_.html

Jak podaje niniejsze źródło, Targi Książki odwiedziło niemal 60 tysięcy osób. To tyle, co małej wielkości miasto, niektóre dawne wojewódzkie miasta posiadały tylu mieszkańców. Czy wszyscy byli potencjalnymi czytelnikami czy skusili się na wizytę na targach ze względu na obecność pisarzy oraz celebrytów stających się pisarzami?

Targi sprzyjały nie tylko spotkaniom z autorami książek, również były okazją do zakupów tańszych pozycji wydawniczych. W ostatnim dniu targów dało się zauważyć hasła: wszystkie książki po 20 zł., nie wracamy z książkami - wszystkie sprzedajemy, można się targować. 

Niektórzy miłośnicy słowa pisanego wracali z torbami pełnymi książek. Wielu z nich zapewne postanowiło nie kupować następnych pozycji książkowych, dopóki nie przeczytają świeżo zdobytych woluminów. Patrząc na ilość tych zdobyczy, następne zakupy mogą wypaść dopiero podczas przyszłorocznych targów albo i później.

niedziela, 26 października 2014

Ale pasztet! "Samobójca" w PWST.



Trudno pisać o spektaklu, który prawdopodobnie zszedł z afisza. Na stronach PWST nie widać go, jego echo jedynie w wynikach wyszukiwania. To jakby podsumowanie, bo trudno zachęcić do czegoś, czego już nie zobaczymy. 

„Samobójca”, choć rozgrywa się w Rosji przedrewolucyjnej, to obraz nawiązujący do nasze gorzkiej współczesności, pokazuje człowieka, który nie może odnaleźć się w życiu, chciałby zrobić coś więcej, niż być tylko mężem i kiepskim zięciem, ale los mu nie sprzyja. Nawet kiedy wydaje się, że bohater znajduje rozwiązanie swojego marnego położenia, na przykład wpadnie na pomysł stania się koncentrującym solo muzykiem, wszystko działa na jego niekorzyść. Przez nieszczęśliwy splot wypadków, tzn. histerię żony, wspomniany Siemon Siemonowicz Podsiekalnikow zostaje uznany za potencjalnego samobójcę. Jego potencjalna śmierć staje się towarem, który może kupić ten, kto da większą cenę. Nabywca może wykorzystać zejście Siemona z tego świata dla własnych celów oraz własnego sztandaru, idei, kaprysu. Zaczyna się zatem targowisko o życie  głównego bohatera oraz targowisko próżności. Jakie pięknie namalowany współczesny nihilizm, gdzie życie pojedynczego człowieka znaczy coraz mniej.

Należy stwierdzić, że gdyby spektakl realizowany był przez teatr amatorski, byłby to spektakl genialny. Tym razem mamy PWST i przez to poprzeczka oczekiwań idzie w górę. Czasami wizyty na spektaklach realizowanych przez szkoły teatralne kończą się refleksją – komu studenci aktorskiego fachu zajęli miejsce na liście przyjętych? Ale tym razem było zupełnie inaczej. Oczywiście, nie da się uciec od wrażenia, że role zostały obsadzone po warunkach, ale jest to wybaczalne, studenci dopiero na zawodowych deskach nabiorą ogłady i zdobędą niezły warsztat, poza tym obsadzenie po warunkach aktorskich jest również umiejętnością.

Najlepiej prowadzi rolę matka-teściowa Serafima. Jest najbardziej świadomą aktorsko osobą na scenie. Zamknięta w mało atrakcyjny kostium nie może epatować kobiecością w „nowoczesnej” formie jak Kleopatra i Raisa, jednocześnie cały czas przyciąga uwagę, przede wszystkim grą. Wydaje się, że dobrana została na zasadzie kontrastu do swojej córki Marii, która bardzo blado wypada w tym duecie. Wielokrotnie jest niesłyszalna ze sceny, jest mgłą, która nie może się skondensować na scenie.

Siemon Siemonowicz Podsiekalnikow wypada przekonująco, jest zagubiony od początku do końca, bezradny i zdominowany nie tylko przez rodzinę, sąsiadów, ale i los. Aktor nie szarżuje, z pokorą prowadzi swoja rolę, nie jest typem amanta, bohatera, to taki rosyjski Piszczyk. Aż dziw, że handlarze jego życiem nie doprowadzili sprawy samobójstwa do końca. 

Pierwszy akt toczy się w domu głównego bohatera, akcja prowadzona sprawnie, co chwila pojawiają się kolejne postaci, pragnące wykorzystać Siemona do swoich jedynych prawdziwych i słusznych celów. Zatem przez mieszkanie przemykają konkurujące ze sobą kobiety wampy: Kleopatra i Raisa. Następnie dają nam się poznać: ojciec duchowny Jełpidij, poeta Wiktor, inteligent Aristarch. Wszystkie warstwy społeczeństwa rosyjskiego oraz Jegoruszka, przedstawiciel władzy ludowej, która za niedługo na dobre zadomowi się. Skąd taka ilość osób w tak skromnych progach, u nic nieznaczącego Podsiekalnikowa? Za sprawą Aleksandra sąsiada, który postanawia zarobić na nieszczęściu innych, chce sprzedać samobójstwo. Każdy towar ma swojego nabywcę. Jego postępowanie można „rozgrzeszyć”, nie wie co czyni bliźniemu, niedawno został wdowcem, a pocieszycielka Margarita nie osładza widocznie życia.

Scena zabawy-przyjęcia na cześć odejścia w zaświaty głównego bohatera jest dobrze zmontowanym kalejdoskopem postaci stylizowanym na ostatnią wieczerzę. W tle grają i tańczą studenci wydziału wokalno-aktorskiego, dają naprawdę dobry poziom cygańskiej stylizacji. Ci, którzy w pierwszym akcie prowadzili akcję, zostają zepchnięci na dalszy plan /Aleksandr i Margarita/ lub zupełnie pozostawieni za kulisami /żona i teściowa/. Prym wiodą wszyscy, którzy chcą zyskać na śmierci głównego bohatera. Rewelacyjny i mam nadzieję, że nie po warunkach, pop Jełpidij z niesamowitą głową do trunków reprezentuje kryzys kościoła, niestety, nie jest w stanie odpowiedzieć, czy istnieje życie wieczne, w czym nie ułatwia podjęcia samobójczej decyzji przez Siemona. Z kolei poeta Wiktor jest tylko młodością, która za moment zagubi się w mrokach historii. Natomiast bardzo mocno funkcjonuje w przestrzeni scenicznej Jegoruszka, dobrze poprowadzona postać dodatkowo podbita stylistyką stroju rewolucyjnego, czy jak tam kto woli proletariackiego. I inteligent Aristach nie przekonuje bohatera do swoich racji, opowiada nawet niezły dowcip o drobiu, ale to tylko ciekawostka nic nie znacząca dla akcji, jedynie dla widzów, znających historię XX wieku. Zostają nam jeszcze kobiety, może one posiadają magnetyzm, który pociągnie Siemona w drogę w nieznane? /tzn. zaświaty/. Margarita tylko upija się, Kleopatra i Raisa są, jak pisano wcześniej, formami. Miotają się od ściany do ściany, popadają w egzaltację, krzyczą. Wnętrze jest tylko lekko muśnięte, niewiele manewru dla interpretacji aktorskiej. Raisa ma o tyle większa przewagę nad Kleopatrą, że jest ostrzejsza, zatem bardziej autentyczna. Za którymś razem ta krzycząco-śmiejąca "nadkobiecość" staje się męcząca dla widza, nie dziwi zatem, ze i Siemon nie reaguje na jej/ich „argumenty”. 

Nastaje godzina prawdy, w której Siemon Siemonowicz Podsiekalnikow nie przekracza granicy życia i śmierci. Zupełnie nieświadomie i nie z własnej winy zostaje uznany za martwego i staje się uczestnikiem własnego pogrzebu, czyli nic się nie zmienia, znów o niczym nie decyduje. 

Siemon zostaje pozostawiony przez wszystkie postaci dramatu, które owszem odkryły, że jego śmierci wcale nie było, ale nie są w stanie wymierzyć sprawiedliwości, może samosądu, ponieważ biegną do ofiary prawdziwego samobójstwa, czyli świat nadal się kręci, ludzie będą wciąż umierać i może znów uda się wykorzystać ich śmierć do własnych celów. Natomiast główny bohater odnajduje w łożu śmierci ostatni kawałek pasztetówki, od której rozpoczyna się akcja sztuki. W końcu może ją w ciszy i spokoju zjeść. Jest szczęśliwy. Czy nie o to chodzi w życiu, które trwa?

Myslę, że należałoby wykupić spektakl od PWST, z całym dobrodziejstwem inwentarza i impresaryjnie go promować. Życzę młodym aktorom dobrego mecenasa.

http://www.pwst.krakow.pl/samobojca 

poniedziałek, 20 października 2014

W poszukiwaniu straconego czasu.

Krakowskie Tramwaje jak sama nazwa wskazuje są nostalgiczne. Oczywiście jest to moje subiektywne odczucie. Kraków nie jest nerwowym i pośpiesznym miejscem. W grodzie nad Wisłą czas biegnie dużo wolniej. Tak samo wolno biegną tramwaje po szynach. Kiedy czytam o koncepcji "Krakowskiego Szybkiego Tramwaju", to dochodzę do wniosku, że jest szybki, bo posiada szybki. Nie wiem, gdzie można spotkać Krakowski Szybki Tramwaj. Zazwyczaj tramwaje w Krakowie, przy głoszonej opcji "pierwszeństwo dla tramwajów", ćwiczą naszą cierpliwość na skrzyżowaniach, gdzie czekają na wolny przejazd, ćwiczą naszą cierpliwość na odcinkach turystycznych, czyli wszelkich z prędkością około 10 km, co jest prędkością zabójczą na zakrętach z wyeksploatowanym torowiskiem. Dla przykładu zachodni odcinek wokół plant.

Gdyby żył Marcel Proust, a tramwaje w Krakowie niczym w Nowym Orleanie nosiły nazwy zamiast numerów, zapewne postulowałby, żeby większość z nich nosiła nazwę "W poszukiwaniu straconego czasu".

PS. Powinna powstać linia okrężna wokół centrum dla połączenia transportu publicznego z turystycznym.

niedziela, 21 września 2014

"Chór sierot" w Teatrze KTO

I znów o Krakowskim Teatrze KTO. Ostatnia premiera to "Chór sierot", spektakl ciekawy, nieco totalny, na pewno bliżej mu do "Ślepców" niż do "Ronda", ze względu na formę oraz przesłanie lub przesłania. Już w trakcie trwania przedstawienia rodziły się różne skojarzenia, czasami wykluczające się, ale przecież to jest piękne w teatrze, że niczym poezja, można go ciągle na nowo interpretować.

Hałas. Męczące dźwięki ulicy, klaksony witają nas w korytarzu prowadzącym na widownię. Po chwili staje się to męczące. Do tego mocne światła, które atakują oczy. Nasze zmysły zostają obezwładnione, zaczynamy poruszać się niczym dzieci we mgle, niczym sieroty, które poznamy za moment. Ciekawy zabieg, trochę denerwujący po ciężkim dniu pracy. Sieroty zanim zaludnią scenę, stapiają się z nami. Szkoda, że jest tak mało miejsca, żeby zobaczyć wszystkie z nich. Po chwili pojawia "zarząd": sam dyrektor tego miejsca, z teczką w dłoni, urzędnik, nie-urzędnik /w tej roli po warunkach Dyrektor Teatru KTO Jerzy Zoń/, wraz z nim pojawiają wychowawczynie-urzędniczki-strażniczki... Lustrują sieroty stojące w korytarzu oraz nas. Potęgują nastrój zagubienia. Są bardzo pewne siebie, a przede wszystkim emanuje z nich wszechwładza i wszechwiedza o przyczynach i skutkach. Dopiero po kilu minutach działań aktorskich jesteśmy wpuszczeni na widownię.

Widownię przedziela scena, po dwóch stronach jesteśmy my, widzowie, nie możemy nadal czuć się bezpiecznie, ciągle jesteśmy pod obserwacją, wspomnianego "zarządu" oraz widzów z przeciwnej strony. Pomiędzy nami konstrukcja: stół, dach świata, niebo, podest, wybieg dla modelek? Ustrojstwo piękne i zimne, metal prawie doskonały, mogący nieść skojarzenia z monolitem i planetą małp.Inne skojarzenie związane było z maszyneria paryskiego kabaretu Lido i tańca czarnych panter, sieroty czasami stawały się panterami, aby przeżyć.

Kiedy sieroty pojawiają się po raz pierwszy w grupie, przede wszystkim widać ich przerażone oczy, te oczy będą nam towarzyszyć większość czasu. Nawet jeśli któreś z nich stanie się na moment liderem grupy, strach pozostaje, władza nie trwa przecież wiecznie. Grupa nie daje im bezpieczeństwa. To zamknięty świat, być może faktycznie jakiś sierociniec, mikroskopijna społeczność, w której każdy walczy o przetrwanie, czasami bywa zezwierzęcony, to świat z własnym rytuałem zachowań seksualnych. Na tym wszystkim starają się zapanować wspomniane urzędniczki-strażniczki. Jeśli są wychowawczyniami, to wykonują wiele niepedagogicznej roboty, a przede wszystkim nie poskramiają własnej seksualności. Wychowawczynie wykonują zadania aktorskie często symultanicznie, ale to dwa różne charaktery. Postać Marty Zoń jest bardziej okrutna, czasami sadystyczna, natomiast postać Grażyny Srebrny-Rosa bardziej pretenduje ku dobroci, jest osobą zagubioną w systemie, w którym przyszło jej działać.

Kim są sieroty? Głosem ostatnich wydarzeń związanych z różnymi skandalami. Naszym społeczeństwem post-homo-sovieticus, zatem naszym odbiciem? Przecież coraz trudniej odnajdujemy się w socjotechnicznym świecie, gdzie od żłobka trwa wyścig szczurów. Reprezentują świat, w którym uczucia zamienione są na odczucia i to wersji hard! Jeśli ktoś ma szturchnąć, to uderzy, jeśli ktoś ma pocałować, to opluje.

Kim są urzędniczki-strażniczki? I dlaczego znikają w finale? Odchodzą niczym bogowie, zostawiają swoich wyznawców samym sobie? Kiedy sieroty pozostają same, stół zostaje rozświetlony niczym granice nieba. Jak odczytywać ten znak? Jako kryzys wiary czy systemu? A może do pragmatycznej umiejętności odejścia na śmietnik historii, kiedy nie radzimy sobie z rzeczywistością?

W spektaklu nie ma słów, są same dźwięki muzyki i głosy aktorów. Wszystko jest czytelnie przedstawione, poziom skupienia przy działaniach grupowych ruchowych, a tych jest naprawdę wiele, emanuje z poziomu sceny na widownię. Bywamy tym zmęczeni. Niektóre ustawienia balansują na działaniach kaskaderskich.

Bardzo piękna jest scena kołysania urzędniczek-strażniczek przez zasypiające sieroty. W kontrze do zimna stali i zimna stworzonego świata. Również scena z jabłkami wydaje się być wstępem do ogólnoludzkiej czułości, niestety, staje się początkiem teatru okrucieństwa.

Myślę, że sięgnę po ten spektakl jeszcze niejednokrotnie. Jeśli ktoś widział wcześniejszy o ponad dekadę spektakl "Sceny z życia Mitteleuropy" Teatru Provisorium, to w "Chórze sierot" odnajdzie jego stylistyczną kontynuację.

piątek, 29 sierpnia 2014

Światowy serial zachowawczy pt. "Sankcje dla Rosji" nadal trwa. Na szczęście są jeszcze bohaterowie w Europie. Dwóch ukraińskich żołnierzy wysadziło się, nie chcieli oddać się w ręce rosyjskich wojsk.

Przedwrześniowy powrót do Krakowa.

Tymczasem nastąpił powrót do Krakowa. Na dzień dobry zaskoczyła zmiana w komunikacji miejskiej. Na szczęście znam to miasto i widząc nową numerację tramwajową oraz autobusową nie wpadam w panikę. Współczuję wszystkim, którzy przyjechali turystycznie lub zawodowo i nie korzystają z prywatnych samochodów. Przedostanie się w stronę Bieżanowa lub Kurdwanowa to niezła przygoda. Na przykład startujemy naszym "metrem", dojeżdżamy do Ronda Grzegórzeckiego i przy ulicy Dworcowej realizujemy przesiadkę "z drzwi w drzwi", z drzwi autobusowych w tramwajowe. Kto zna specyfikę tego przystanku, wie, że niczym śledź wypchany jest z autobusu i twarzą atakuje drzwi tramwaju. Szerokości postojowej mniej niż przysłowiowej "szerokości rąk". Jeśli dla naszego pecha wśród pasażerów znajdzie się posiadacz wózka, bagażu lotniczego, to mamy zapewnione jeszcze kilka atrakcji w postaci masażu stóp kółkami wymienionego sprzętu.

Zawracanie "na trójkąt" przy ulicy Dworcowej jest ciekawe samo w sobie, motorniczy przechodzi na tył tramwaju, tam przy pulpicie wyprowadza tramwaj w kierunku Dworca Płaszów, następnie wraca do kabiny motorniczego i jedzie docelowo w kierunku Bieżanowa lub Kurdwanowa. Z mojego punktu widzenia potoki pasażerskie, zawracanie tramwajów, wąskie wyspy przystankowe są niebezpieczne. Na pewno nie jest to komfortowa sytuacja dla pasażerów i pieszych. Zastanawiam się dlaczego nie wykorzystano taboru dwukierunkowego a w ciągu ulicy Wielickiej nie zastosowano zwrotnicy nakładkowej, tak jak to bywało wcześniej przy teatrze Bagatela. Zastanawia mnie też, dlaczego przez wiele lat remontów, kiedy "trójkąt" przy ul. Dworcowej był eksploatowany po raz enty, nie znalazły się pieniądze na przedłużenie nagle '"urwanego torowiska" w stronę dworca płaszowskiego i wybudowanie pętli tramwajowej z prawdziwego zdarzenia. Miejsce zyskałoby na atrakcyjności i dworzec zyskałby większą renomę.

Plusem obecnej sytuacji objazdowo-roemontowo-przesiadkowej jest możliwość przejazdu tramwajem liniowym przez torowisko zazwyczaj przeznaczonym dla ruchu turystycznego. Linia w kierunku ul. Dajwór jest godna polecenia.