Tymczasem nastał kolejny rok w
historii nowożytnego świata. Tym samym adres nieco stracił na aktualności.
Dziękuję tym, którzy twierdzą, że z blogiem jest jak z winem, czym starszy, tym
lepszy. Również dziękuję tym, którzy wierzą, że w mojej twórczości radosnej odpowiednie dam rzeczy - słowo.
poniedziałek, 5 stycznia 2015
niedziela, 7 grudnia 2014
Kosmiczne dziewczyny z "Dyplomu..." krakowskiego PWST
„Dyplom z kosmosu” to jedna z
ciekawszych propozycji repertuarowych jaką można oglądać na krakowskich
scenach. Tym bardziej powinniśmy się udać na ten spektakl, bo być może niebawem
przejdzie do lamusa. Główny powód? Jest to produkcja PWST, a ich żywot podyktowany
jest okrutną kadencją roku akademickiego. Moim zdaniem, może gustem, „Dyplom z
kosmosu” powinien pozostać w repertuarze na stałe, tak samo ja „Samobójca”, o
którym pisano na tym blogu nieco wcześniej.
„Dyplom…” jest przedstawieniem wokalno-aktorskim,
z dużym akcentem na wokal żeński, dzięki niemu przedstawienie osiąga wysoki
artyzm. Dramaturgia sceniczna skupiona jest na pokazaniu nerwówki współczesnego
świata, egoizmu i kompleksów bohaterów, ich samotności, niemożliwości
nawiązania głębszych relacji i przypadkowego seksu. Już w pierwszej scenie
„ulicznej” dostajemy zapowiedź tego co nas czeka. Później napięcie rośnie, z
każdą piosenką, ze scenkami z życia wielkomiejskiego. Niesamowity i energetyczny finał przy piosence „Feelings,
podczas którego publiczność ma szansę zaistnieć wokalnie, zamienia naszą
energie w gromkie oklaski. Podczas oglądanego przedstawienia „kurtyna” przy
owacji na stojąco podnosiła się co najmniej cztery razy! I było to zasłużenie.
„Dyplom…” to spektakl o
kobietach, o mieście kobiet, o świecie kobiet. Oglądając adeptki sztuki
scenicznej widzimy jakby ikony polskiego kina, czy to zamierzona stylizacja
czy tylko wypadkowa zderzenia podobnej urody studentek i charakteryzacji? Zatem przed nami
przemierzają mleczną drogę "studentki a la": słodka Katarzyna Figura, zmysłowa Kalina
Jędrusik, silna Aleksandra Śląska… Te formy żeńskiej zmysłowości i siły sprawiają,
że chcę się być jedną z nich, być z jedną z nich, mieć jedną z nich. Kobiety w „Dyplomie…”
są niczym sex-bomby, niczym Barbarelle, zdobywczynie kosmosu i wszechświata.
A mężczyźni? Niestety,
faceci/aktorzy wypadają bardzo blado przy zdobywczyniach życia i kosmosu,
zarówno wokalnie jak i aktorsko. „Gdzie ci mężczyźni” – tego utworu zabrakło w
repertuarze.
Jeśli wierzyć programowi
przestawienia, to wykonano ponad dwadzieścia interpretacji piosenek, bardzo
znanych i tych dużo mniej, z czego wiele wybornie. Wymagane jest co najmniej
jeszcze jedno obejrzenie tego przedstawienia, żeby napisać, które wykonanie
było najlepsze, żeby stworzyć niejaki ranking. Dla mnie największym
zaskoczeniem, pozytywnym, było wykonanie utworu „Kobiety trzeba trzymać krótko”,
który w wersji znanej z telewizji wykonuje Piotr Fronczewski.
Tak w telegraficznym skrócie: Ewelina
Przybyła fantastyczny wokal, Wiktoria Węgrzyn ciekawe interpretacje, Aleksandra
Adamska dobre aktorstwo, czyli prawda w piosence.
Za dużo słodzenia. Nie zabrakło
małych wpadek. Często teksty/łączniki pomiędzy piosenkami dobrane zostały „bez
ładu i składu”, stając się niepotrzebnym bełkotem
nie pomagającym w akcji scenicznej. Za dużo było też przemocy, zbyt dosłownej, pewne rzeczy można zrobić umownie/teatralnie/symbolicznie,
uderzenie w twarz kobiety może jest odzwierciedleniem naszych brutalnych
czasów, jednak realizacyjnie było to zbyt mocne. I nadużywanie przeklinania, miały sens tylko w ustach Aleksandry Adamskiej,
gdy jej postać leczyła ból rozstania w barze przy drinku i namawiała
piosenkarza do rozebrania, ich groteskowy ton bronił ich użycie. Pozostałe,
mówione czy wykrzyczane przez inne postaci, były już dla mnie nadużyciem.
Warto było zobaczyć, warto będzie zobaczyć, jeśli jeszcze będzie "Dyplom..."
PS. Podsumowując postaci z "Dyplomu...": kobiety są nieziemskie, faceci przyziemni.
PS. Podsumowując postaci z "Dyplomu...": kobiety są nieziemskie, faceci przyziemni.
środa, 3 grudnia 2014
Ciekawostki komunikacyjne miasta Krakowa. Rzut okiem przez pieszego.
Dworzec Główny w
Krakowie, zagadka dla odwiedzających po raz pierwszy to miasto. Jest jeszcze
Dworzec Główny Tunel, Dworzec Główny Zachód i Dworzec Główny Wschód. Jeśli
patrzeć na tę ciekawostkę przez pryzmat komunikacji miejskiej, to przystanek tramwajowo-autobusowy
o nazwie Dworzec Główny znajduje się w lekkim oddaleniu od obecnie używanego i
wciąż nowoczesnego Dworca PKP. Poza tym przejścia pomiędzy wymienionymi
punktami docelowymi nie zawsze odbywa się w zadaszeniu, co jest niekomfortowe
przy gorszej pogodzie. Tak naprawdę to stworzone nazewnictwo nie zostało
przemyślane. Jeśli odnośnikiem byłby przystanek Dworzec Główny, to Dworzec
Główny Tunel powinien się nazywać Dworzec Główny Północ, a wcześniej wymienione
odpowiednio Północny Zachód i Północny Wschód. W tej opcji przystanek Poczta
Główna należałoby przemianować na Dworzec Główny Południe. Tylko sąsiedztwo
historycznego budynku kolejowego Dworca Głównego tłumaczy pozostawienie
obecnego przystanku Dworzec Główny na swoim miejscu. Tak naprawdę Dworzec
Główny Tunel jest najbardziej centralny i podperonowym punktem odniesienia, bez
rozszerzenia Tunel, nazwa byłaby strzałem w dziesiątkę.
Przystanek
tramwajowo-autobusowy Dworzec Główny dzieli ponad czterysta metrów w linii prostej
z przystankiem tramwajowym Dworzec Główny Tunel. Ten sam przystanek z Dworcem
Głównym Zachód dzieli ponad trzysta pięćdziesiąt metrów, na szczęście można pomiędzy nimi
przemieścić się tramwajem.
W ogóle centrum
komunikacyjne doklejone do Galerii Krakowskiej z każdej strony jest
niepotrzebnym misz-maszem. Rozumiem, że pierwszy wykop pod „krakowskie metro”
miało miejsce w latach siedemdziesiątych i od tego wszystko się zaczęło.
Nastały nowe czasy, szkoda, że centrum przesiadkowe „kolej-autobus-tramwaj” nie
zaskakuje. Regionalny Dworzec Autobusowy jest za mały i w tłoku codziennego
przerobu pasażerskiego traci swą reprezentacyjną moc, w tunelu znalazł się na
szczęście tramwaj, w drugim tunelu niepotrzebnie samochody osobowe, a autobusy
rzucone po macoszemu od wschodu po zachód. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł
podobny do rozwiązania katowickiego pod dworcem PKP, żeby przystanki autobusów
komunikacji miejskiej były w jednym miejscu? A może należałoby znaleźć zupełnie
inne miejsce na kolej i autobusy dalekobieżne, jak w Berlinie dla nowego dworca
Hauptbahnhof?
Również interesujący jest
przystanek Politechnika, dla którego zabrakło miejsca na połączenie górnej
„trójki” z dolną „pięćdziesiątką. Coś mogło szybciej wjechać pod ziemię, coś
szybciej wyjechać, żeby wszystko było w jednym miejscu. A tak mamy leżące nad/pod
sobą przystanki. Przecież miejsca nie brakuje, zabrakło pomyślunku. Dojście do
przystanku górnego w kierunku centrum z autobusu, którego przystanek jest po
przeciwnej stronie i również w orientacji na centrum jest niczym poligon dla
naszej cierpliwości. Z autobusu schodzimy w przejście podziemne, wychodzimy z
niego w kierunku intersującego nas peronu tramwajowego, do pokonania zostało
tylko jeszcze jedno przejście dla pieszych. Owszem, na docelowy peron dochodzi
winda, jednak korzystanie z niej trwa za długo, a miejsca można było zaplanować
i na schody, i na windę.
Czasami mam wrażenie, ze
częściej myśli się o komforcie samochodów, żeby szybko opuściły centrum, a
najmniej o pieszych. Chociaż tramwaje z autobusami też nie mają łatwo, stoją
stadami przy tej Politechnice czekając na możliwość włączenia się do ruchu. Tam
powinien być przystanek potrójny zamiast podwójnego.
Jak to dba się o pieszych
w Krakowie? Czasami bywa z tym różnie. Podam kilka przykładów. Dworzec
komunikacji miejskiej przy Powstańców Wielkopolskich. Wysiadający i udający się
w kierunku przystanku tramwajowego w stronę Bieżanowa powinni przejść przez
pozbawione świateł przejście dla pieszych, następnie przejść przez trzyetapowe
przejście dla pieszych ze światłami, a następnie kolejne już na peron
tramwajowy. Bardziej niepokorni oraz bardziej sprawni nie korzystają z
pierwszego przejścia, na którym w godzinach szczytów można zostać
przyblokowanym, jeśli zabraknie kulturalnych kierowców ustępujących
pierwszeństwa pieszym. Udają się trawnikiem na wysepkę pomiędzy trasy
samochodowe, jakby nie można było od dworca komunikacji miejskiej przez całą
wysepkę poprowadzić ciągu pieszego z barierkami ochronnymi. Nie wspomnę o
możliwości poprowadzenia przejść podziemnych, bo miejsca tam od groma. Inny
przykład to przejście dla pieszych przy ulicy Limanowskiego przez szyny
tramwajowe w kierunku przystanku Plac Bohaterów Getta. Tam też nie brakuje
miejsca na poszerzenie jezdni i połączenia przejścia pieszego z peronami przystanku
tramwajowego. Dla niektórych byłoby to skrócenie drogi i zrezygnowanie z
korzystania z przejścia podziemnego. Przykładem zupełnego galimatiasu dla
ciągów pieszych jest Rondo Mogilskie. Osoby które dojechały autobusem pod Operę
– przystanek przy ulicy Lubicz, a chciałyby skorzystać z autobusu w kierunku
Ronda Grzegórzeckiego – przystanek przy Alejach Postania Warszawskiego, tym
razem schodzą pod rondo, przechodzą tory tramwajowe, przechodzą drugie tory tramwajowe,
przechodzą trzecie tory tramwajowe, nie liczę ile razy trzeba przejść ścieżkę
dla rowerów, dodam tylko, że spowalniają nas każdorazowo światła. Za pierwszym
razem korzystania z tego przesiadkowego fenomenu, tkwiło we mnie przekonanie,
że to wina jakiegoś remontu i zmiany organizacji ruchu.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Tunel_Krakowskiego_Szybkiego_Tramwaju
Subskrybuj:
Posty (Atom)