Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studenci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studenci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 stycznia 2015

Historyczny kabaret, czyli "Król Ubu" bytomskiej PWST.


I znów o wojnie w krakowskiej PWST, chociaż bardziej bytomskiej. „Króla Ubu czyli Polacy” na scenie oglądamy w reżyserii Jerzego Stuhra. „Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” — mówił Alfred Jarry w swoim wstępnym przemówieniu na premierze paryskiej tego tekstu w roku 1896. Trudno dziwić się takim słowom, wówczas nie istnieliśmy, dla ówczesnych Polska była jakąś abstrakcją.

Interesująca abstrakcję dostaliśmy w bytomskim dyplomie. Widzimy bardzo dobrze zrealizowany „kabaret historyczny” o żądzy władzy, niczym w Makbecie, a do Shakespeare’a niewiele brakuje, jak choćby w umowności niektórych sytuacji czy pojawiających się napisach. Akcja rozgrywa się gdzieś w Polsce, gdzieś w Europie, ale bardziej oscyluje wokół wschodu, co reżyser podkreśla w swoich pomysłach i daje wyraz swojemu patrzeniu na współczesną politykę, problemy ukraińskie i rosyjskie. 

W obecnej sytuacji politycznej wszelkie rusycyzmy nabierają nowych kontekstów. Przemarsz wojsk polskich przez Ukrainę, choć śmieszny wielce, staje się takim naszym śmiechem przez łzy. Czy przypadkiem za niedługo faktycznie tam się nie znajdziemy broniąc światowego pokoju, a nauczeni historycznym doświadczeniem zaśpiewamy pod nosem równie smutnie, co bohaterowie spektaklu: "Polacy, nic się nie stało..."

Brak jedności miejsca, pewien rodzaj zagubienia, to nie tylko wynik częstych zmian miejsc akcji, ale również funkcjonowanie kostiumu scenicznego. „Kostiumy możliwie odlokalnione i odchronologicznione (przez co lepiej się odda pojęcie rzeczy wiecznej); najlepiej nowoczesne, bo satyra jest nowoczesna; i brudne, bo dramat wyda się wówczas plugawszy i okropniejszy” – domagał się autor tekstu. Dostajemy niesamowitą wybuchową mieszankę, wspaniałą zabawę, tym bardziej przednią, im bardziej bawią się studenci. Ten dyplom to przykład na stworzenie światów, w których odnajdują się aktorzy, ich istnienie jest świadome, adepci czują się bezpiecznie, w takim klimacie nie tylko grają, zabawiają nas i siebie.

Ubu namawiany do złego przez Ubicę, staje się żądny krwi i władzy, ale wypada jak dziecko, które tylko bawi się wojnę i najchętniej po niesprzyjających dla niego okolicznościach uciekłby gdzie pieprz rośnie albo do stanu poprzedniego, sprzed przejęcia władzy. Okazuję się, ze przejęcie władzy to jedno, a władanie to drugie. Rewolucja przynosi terror i rodzi ofiary. Ubu w swoim nieumiarkowaniu najchętniej wszystkich skazałby na śmierć i jednocześnie przejął majątki skazanych, tylko kim by tak naprawdę rządził?

Dwór zgładzony przez Ubu jest karykaturą władzy, zatem nie mamy dla niego zbytniego szacunku i niejako kibicujemy spiskowcom. Dwór został sparodiowany, bardzo delikatni mężczyźni, rodem wieszaki ze szkoły baletowej i królowa mówiąca manierycznie z „el przedniojęzykowym” są niczym współcześni celebryci, którzy chcą się tylko bawić. Parady, rauty, bale… Zastanawia, czy to „el przedniojęzykowe” miało za cel przerzucić naszą percepcję na czasy pomiędzy wojnami światowymi? Być nawiązaniem do ówczesnej rodzącej się ojczyzny? Pokazać świat Alfreda Jarrego w kontekście lat dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieków i lat nam współczesnych? Dekadencji czy nowych demokracji? Bo każdy obywatel ubicznego świata chciałby się pozbyć tak "marionetkowego" rządu jaki przedstawił nam reżyser spektaklu. 

 

Reżyser zaskakuje nas wielością rozwiązań scenicznych. Aktorzy są nie tylko postaciami, kiedy wypadają z roli stają się elementami dekoracji, żywego inwentarza, animują przestrzeń. Tworzą kilka postaci, stają się materiałem nie tylko aktorskim, ale i plastycznym. Najbardziej spodobały mi się konie na paradzie, skazywanie na jamę, fale podczas ucieczki statkiem, wojna jako mecz piłkarzyków z żywą piłką oraz stary wiarus z „Warszawianki”, jeszcze bardziej wprowadzający pomieszanie historyczne.

 

Ubu z Ubicą po przegranych wojnach, stratach na wszystkich frontach zmuszony jest do ucieczki. Pięknie stworzony jest statek uciekinierów oraz fale przez aktorów, niejakie zapożyczenie z Petera Brooka? Statek staje się ich małą ojczyzną, gdzie jest wszystko, sternicy władzy, załoga, lud, poddani... Uciekają mijając brzegi innych krajów i choćby o każdej ziemi mówiono, że to piękny kraj, to Ubu stwierdza: „Ha! Panowie! Choćby był najpiękniejszy, to nie to, co Polska.” I my się z tym zgadzamy. „Ukochany kraj, umiłowany kraj…” – mógłby jeszcze dodać.

 

Przyznam, że ten spektakl należy obejrzeć nie tylko ze względu na historyczne przesłanie, ale również na świetną zabawę, nieco gogolowską.

 

PS. W każdym razie rola Królowej, która na długo pozostaje w pamięci powinna być nominowana do jakiejś nagrody.


http://bytom.pwst.krakow.pl/spektakl-dyplomowy-studentow-iv-roku-wtt-ubu-krol-czyli-polacy-rez-prof-jerzy-stuhr

Cytaty w większości pochodzą z: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ubu-krol.html#anchor-idm140781616

sobota, 17 stycznia 2015

"Baśń o Andersenie" krakowskiej PWST

„Baśń o Andersenie w reżyserii Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik na podstawie Andersen. Życie baśniopisarza Jackie Wullschläger  w przekładzie Maryny Ochab z fragmentami baśni, listów i dzienników H.Ch. Andersena w przekładzie Bogusławy Sochańskiej” – czytamy na stronie spektaklu – nie zachwyca. Można nawet użyć określenia, że nuży i nudzi, niczym potrawa w której za dużo wszystkiego, niczym nie tylko przysłowiowe dwa grzyby w barszczu. Brak zdecydowania się na kanwę scenariusza prawdopodobnie przyczyniło się to niezbyt interesującego efektu końcowego. Bo mamy tutaj i elementy biografii, i baśni, i nawiązania do kultury masowej. „Hans Christian Andersen jest w agonii. Baśnie Andersena i halucynacje umierającego poety materializują się na scenie, żeby złożyć się na podsumowanie jego życia. Spektakl jest teatralną transmisją z mózgu umierającego człowieka” – czytamy dalej. To za dużo jak na jeden wieczór.

Trudno odnaleźć sens powołania tego przedstawienia na scenę. Po pierwsze zespół sobie nie radzi ze wszystkimi zadaniami aktorskimi. Najgorzej ma umierający Andersen, może fizycznie ogrywa umierania, ale głosowo jest w nim wciąż życie i siła. Królowa Śniegu jest posągowa, ale aktorka ją odtwarzająca będzie posągowa również w innym wydaniu. Czasami ma się wrażenie, że nie wszyscy świadomie wiedzą w czym uczestniczą. Są rzuceni w twistera, gdzie wiruje żywy plan, teatr cieni, realizm i naturalizm, symbolizm z alegorią, postaci rzeczywiste i bajkowe. Tylko niczemu to nie służy i nie uczy tych, którzy prezentują dyplom. Na scenie klasycznej chcę klasycznego teatru.

Ciekawe fragmenty przedstawienia są dwa. Czyste stylistycznie i mogłyby istnieć samodzielnie lub stanowić kanwę czegoś większego. Pierwszy to baśń o małym i dużym Klausie wykorzystująca interesująco teatr cieni, część w której zespół czuje się bezpiecznie i bawi się tą konwencją. Aż żal serce ściska, że po tej świeżości wracamy do męki umierania. Myślę, że realizacja kilku baśni, nawet z umierającego Andersena, mogłaby się obronić, niż ta właśnie „transmisja z mózgu umierające człowieka”. Widz w czasie tej baśni odpoczywa. Odpoczywa po krzyku Meislingów i widzi teatr, prosty, bajkowy z opowieścią posiadająca wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Krzyk Meislingów na scenie klasycznej, która jest niczym studyjna był nie do zniesienia. Jakaś pomyłka reżyserska.

Postać Cioci Bólzęba to prawdziwa kreacja istoty bólu zęba. Ciekawie interpretacyjnie poprowadzony monolog, czekało się jeszcze na kolejne pomysły związane z przeżywanie kontroli dentystycznej i dźwięków wydawanych przez pacjenta na madejowym łożu/fortelu dentystycznym. Dźwięk instrumentu dentystycznego prowadzonego po blasze pudełka go chroniącego – niesamowicie „traumatyczny’ i na długo wbija się w pamięć. Zmusza widza do fizycznego przeżywania spektaklu.

Na scenie mamy starego i młodego Andersena. Nie wiem kim jest młody Andersen. Cieniem? Wychodzi z cienia? Chce się zmienić w kogoś, kim nie jest? Aktor sprawnie miota się po scenie, walczy z przeznaczeniem albo własną cielesnością, stylizowany jest w finale na Michaela Jacksona, chociaż w ruchu przypomina Barysznikowa z „Białych nocy”. Nie wiem, czy to dobre odczytania i ku czemu zmierzają. Nie wiem, nie wiem, nie wiem…

Nie wiem też czemu służy piosenka w obcym języku i dwóch mężczyzn śpiewających sobie miłośne wyznanie? Że to Skandynawia i wszystko ma być obce i niezrozumiałe...

Agonii nie widać na scenie. Za to słychać zapadające się łoże śmierci. Naprawdę pora umierać, jeśli w teatrze widzi się taką tautologię. Proponuję efektem domina jeszcze spowodować zawalenie dekoracji, uśmiercić pozostałą część postaci a następnie zdjąć spektakl z afisza. Jednak to zbyt baśniowe rozwiązanie.

„Powiedz mi, o czym teraz pomyślałam?” – pyta się Królowa Śniegu . Czemu widzowie zostali na widowni i nie wyszli – odpowiadam.

PS. Z ciekawostek przebywania na widowni: słuchanie komentarzy widzów i widzek, nie wiem czym powodowanych, może zazdrością? Najwięcej uwag dotyczyło zbyt obszernej dolnej części bielizny młodego Andersena oraz poranionych nóg Królowej Śniegu.

http://www.pwst.krakow.pl/basn-o-andersenie

poniedziałek, 5 stycznia 2015

"The Blue Room" niczym różowa landrynka.

„The Blue Room”. Znów o produkcji teatru PWST. Tym razem faceci bardziej z krwi i kości, tym razem scenariusz bez rzucania na kolana, tym razem pytanie: po co to wszystko?

Jeśli zaczniemy od pytania: po co to wszystko? To odpowiedź brzmi: nie wiem. Ani zaskakującego aktorstwa, ani zaskakujących scenicznych rozwiązań. Nie przepadam za wszelkimi rankingami, bo jak na przykład porównać Aleksandrę Śląską z Meeryl Streep, jednak patrząc na propozycje dostępne w ostatnim czasie na afiszu teatru PWST, wybiorę „Samobójcę” zamiast „The Blue Room”. 

Podstawą działań scenicznych są duety damsko-męskie. Pomiędzy duetami a oczekującymi lub odpoczywającymi po swoich epizodach pozostałymi członkami zespołu aktorskiego czasami dochodzi do interakcji, ale mają one charakter kosmetyczny czy typowo techniczny, jak na przykład podanie rekwizytu czy zmiana dekoracji. Kolejną zasadą są wymiany aktorskie pomiędzy kolejnymi epizodami, jedna z postaci staje się partnerką/partnerem  w kolejnym duecie. Żadnego zaskoczenia, z puli pozostającej w oczekiwaniu wykruszają się kolejne osoby, metodą wykreślania i na podstawie różnicy płci odgadujemy, kto będzie brał udział w kolejnym spotkaniu damsko-męskim. Nawet pojawienie się osoby trans jest zabiegiem zupełnie niepotrzebnym. Ot, taka ciekawostka, bardziej ciekawi umiejętność poruszania się aktora w butach na obcasie niż jego sceniczna motywacja psychologiczna. 

O czym zatem jest spektakl? Spektakl jest przede wszystkim o seksie. Brakuje w nim właśnie psychologii postaci, są tylko zarysy kobiet i mężczyzn, bez zajmującej historii. Seks jest w tym wydaniu kalekim erotyzmem. Nie ma nic wspólnego z miłością, bohaterowie uprawiają go i przechodzą do następnego epizodu. Porzucona postać z pierwszego duetu, staje się postacią łączącą całość z ostatnim epizodem. Ani to głos przeciwko społecznemu przyzwoleniu na niewierność, ani głos za wyższością miłości nad cielesnym aktem. Nuda niczym w Brnie. 

Najlepszy duet to ten, w którym bohaterka jest aktorką. Zaskoczyło mnie zastosowanie teatru w teatrze, natomiast mocno zmęczyło nerwowe krzyczenie bohaterki. W teatrze, zwłaszcza na scenie studyjnej, środki powinny być bardziej oszczędne. 

Nieco wyżej i nieco lepiej podczas następnego dyplomu!


http://www.pwst.krakow.pl/the-blue-room