Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tramwaj zwany pożądaniem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tramwaj zwany pożądaniem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lutego 2017

Tramwaj zwany przeklinanie, czyli o "Tramwaju zwanym pożadaniem" w PWST Kraków.

Jestem bardzo "na nie" a propos tego przedstawienia. Znów klasyka, bo "Tramwaj..." można traktować jako tekst klasyczny, w "nieco" uwspółcześnionej formie. 

Jestem przeciwnikiem uwspółcześniania klasyki. Może kiedyś mi to nie przeszkadzało, ale obejrzałem wiele nieudanych prób odmłodzenia tekstów, że dziś nie zachwycam się takimi przeróbkami. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz coś mnie zachwyciło w tej stylistyce. 

"Być może realia, w których został napisany Tramwaj zwany pożądaniem uległy znacznym przemianom i trudno na pierwszy rzut oka doszukiwać się w nich aktualnych i palących problemów. Niewielu z nas mogłoby na własne skórze odczuć stratę wielopokoleniowej plantacji bawełny czy przyjąć za normę sytuację niezamężnej kobiety w latach 50 XX w." - czytamy w programie do przedstawienia. 

Czy konieczne było uwspółcześnianie tekstu? Od świata opisanego w "Tramwaju..." nie dzielą nas galaktyki. Osoby z lat 50 XX w. jeszcze żyją, co niektóre egzemplarze mają się całkiem dobrze, również te, które w tamtych czasach przeżywały młodość. A co do możliwych interpretacji? Plantacja bawełny może być symbolem współczesnych problemów kredytowych i strat mieszkań z tym związanych. Co natomiast z samotnymi kobietami i normami? O ile samotne kobiety wciąż nie mają łatwo, współczesny świat nie jest mimo wszystko stworzony dla singli. Zatem ten aspekt również nie jest niczym nowym. Nie wiem natomiast jak rozumieć wspomnianą normę? Jeśli patrzeć przez zapis tekstu to według niego normą było zamieszkanie samotnej kobiety w podrzędnym hotelu i oddawanie się nieznajomym mężczyznom?

Zatem mamy współczesność bijącą po oczach i uszach. Tekst przesiąknięty wulgaryzmami, które niczemu nie służą. Za dużo ich. Tracą swoją moc w tym przedstawieniu. Następnie współczesna i realistyczna dekoracja, z obowiązkową muszlą klozetową. Za dużo tego w ostatnich realizacjach w krakowskiej PWST. W "Jestem VIPem" były pisuary, w "Marii Stuart" też zapamiętałem jakieś sanitariaty...

Dodatkowo mamy pocięty tekst, którego fragmenty dublowane są przez zdublowane postaci. To się staje nieznośne do kwadratu. Zastanawiam się, jak to przedstawienie w warstwie tekstowej odebrały osoby, które nigdy nie zetknęły się z tekstem dramatu. Jeżeli genialne aktorstwo filmowe można zepsuć fatalnym montażem, to tym razem bardzo dobry tekst zepsuto powtórzeniami, współczesnymi wstawkami i "łaciną".

I czego mi zabrakło również? Młodości, energii, radości grania. Zabrakło aktorstwa, któremu bym uwierzył. Jedynie finał w wykonaniu Oliwii Nazimek /Blanche/ sprawia, że tę scenę można by obejrzeć jeszcze raz. Zagrane z wnętrza, subtelnie, prawdziwie.

Dla mnie stracona szansa na ciekawy dyplom. Szkoda, bo ten tekst broni się sam. Nie należało mu przeszkadzać.
________________________________________________
http://krakow.pwst.krakow.pl/tramwaj-zwany-pozadaniem








____________________________________________
http://krakow.pwst.krakow.pl/tramwaj-zwany-pozadaniem



sobota, 30 maja 2015

Tramwaj zwany rozczarowanie, czyli "Tramwaj zwany pożądaniem" w krakowskim Teatrze Bagatela.

Napisałbym, że to bardzo dobre przedstawienie, ale niestety nie jest.

"Tramwaj zwany pożądaniem" to jeden z lepszych współczesnych tekstów dramatycznych, który powoli można wrzucić do szuflady z klasyką. Klasyczne stały się już dwie postaci: Blanche Dubois i Stanleya Kowalskiego. Działające na dwóch biegunach: sztuczności i naturalności. Nawet legendarna wersja filmowa zachowała niejaką sztuczność przez mocno teatralną grę aktorską Vivien Leigh. Marlon Brando niweluje całość swoim niesamowitym naturalizmem.

Czy dziś jest sens wystawiać tekst Tennessee Williamsa? Z powodu tekstu na pewno, ciekawej psychologii postaci również. Klasykę zawsze warto powołać na scenę. Ale czy jest coś jeszcze, co przemawia by ten tytuł wystawić? Może tęsknota za mijającym czasem i światem? Przecież nikt nie staje się młodszy i pewnego dnia wszystkich nas czeka gloryfikacja przeszłości. Czy udawanie kogoś kim nie jesteśmy? W dobie wszelkich portali internetowych nic nadzwyczajnego. Pocieszanie się, że ktoś ma gorzej przez oglądanie Blanche Dubois walczącą z chorobą psychiczną wynikającą z bolesnych doświadczeń: strata majątku, bycie damą do towarzystwa, ucieczka z podrzędnego hotelu?  W dzisiejszych czasach kapitalizmu, gdzie bardzo łatwo skończyć na ulicy z powodu utraty pracy, niespłaconego kredytu, takie odczytanie wydaje się całkiem możliwe. Zatem paleta możliwości broniących ten spektakl jest bardzo duża. 

Dla mnie to spektakl jednej aktorki, która ratuje całość. Aktorstwo Magdaleny Walach, która niczym lokomotywa ciągnie za sobą ciężar całego przedstawienia. Jest niesamowita w swojej grze, szybko zmienia nastroje, emocje. Mocno osadziła swoją postać psychologicznie. Jest Blanche. Ciekawa jest również postać Stanleya Kowalskiego. Aktor Michał Kitliński wcielający się w tę postać, nie stara się pokonać Marlona Brando, ale buduje w sobie siłę i jest przekonujący w tym co robi. Z perspektywy czasu, tylko te role udało się zapamiętać, reszta zrobiła się bezbarwna.

Niestety, wszystko zepsuło zejście Blanche Dubois w stronę publiczności. Zapalenie świateł na widowni było zarzuceniem wszelkiej teatralności, oglądanie aktorki z bliskiej odległości zupełnie niepotrzebne. Nie zdradzę, co działo się podczas tego fragmentu przedstawienia, ale "adeptom" sztuki scenicznej powołanym do grania w trybie niemal wojskowych wielce współczuję. Nie lubię takich nieprofesjonalnych zagrań w teatrze zawodowym. Tego niedobrego wrażenia nie uratowała dalsza część przedstawienia. Może reżyser chciał zarzucić wspomnianą sztuczność/teatralność, nadając jej cechy negatywne, a naturalizm widowni miał to wrażenie podbić, ale dla mnie było to w jakiś sposób żenujące.

Niepotrzebne tylne projekcie. Niedługo będą tam wyświetlane, o co chodzi na scenie, co autor miał na myśli, co na  myśli miał reżyser.

Czasami w tym wszystkim zbyt duża umowność, widz się gubi, nie wiadomo, gdzie przebiegają granice scenicznej przestrzeni. Co jest jeszcze pomieszczeniem, a co już nie. Dlaczego raz aktorzy siebie widzą, drugi raz traktują siebie jak duchy. Nie zawsze decyduje o tym światło.

Jeśli wrócę na ten spektakl jeszcze raz, to na pewno dla Magdaleny Walach. To sceniczne zwierzę przywraca wiarę w poziom polskiego aktorstwa teatralnego. 

http://www.bagatela.pl/Spektakle/Wszystkie/4-Tramwaj_zwany_po%C5%BC%C4%85daniem.html